MARANA THA - katolicka wspólnota

czytelnia

"EUROPA JAKIEJ NIE ZNASZ" - Fragment (str.123-128)


Cywilizacja śmierci podbija umysły ludzi Zachodu

Według ankiety przeprowadzonej w roku 1993 przez European Value System Study Group 58% Holendrów, 41% Francuzów, 30 % Norwegów gotowych jest usprawiedliwić eutanazję (w Polsce 8%).

Cywilizacja śmierci podbija umysły ludzi Zachodu. Ale do tego musiało dojść. Jeżeli życie ogranicza się tylko do sfery zmysłowej, trudno spodziewać się lepszego końca niż śmierć z wyboru. Czyż św. Paweł nie pisze: A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę… (Ga 6,8)?

Kiedy już zdefiniowano prawa człowieka, prawa obywatela, prawa pracownika, prawa dziecka, kiedy zagwarantowano prawo do wolności, do pracy, do nauki, do wypoczynku, do wyboru kraju osiedlenia, prawo do zmiany płci, do seksu bez ograniczeń, do „szczęścia osobistego” kosztem żony i dzieci, do bycia „innym”, okazało się, że potrzebne jest jeszcze prawo do śmierci.

Czyż nie z miłości do życia definiowano te wszystkie poprzednie?

Pochwała życia i jednocześnie pochwała śmierci. W tym musi być jakiś błąd.

W większości przypadków eutanazja ma tylko pozornie na celu okazanie miłosierdzia choremu, w rzeczywistości chodzi o uwolnienie się od obowiązku okazywania miłosierdzia. Cierpienie jest problemem nie tylko chorego, dotyczy wielu osób wokół niego. To oni przede wszystkim pragną rozwiązania problemu. I nie łudźmy się, że eutanazja jest aktem dobrowolnym. Jeśli nawet jest, to nim nie pozostanie. Pojmowana jako miłosierdzie z natury rzeczy będzie dążyła do kryptanazji, czyli uśmiercania bez uzyskania zgody „zainteresowanego”. Bo czy jest miłosierdziem mówić komuś o konieczności podjęcia decyzji o własnej śmierci? Czyż nie jest łatwiej i dla chorego i dla lekarza załatwić całą sprawę „po cichu”? Po co wywoływać u chorego dodatkowe stresy? Jeśli naczelną regułą ma być ułatwianie sobie życia i ułatwianie go drugim, to wcześniej czy później stanie się regułą podejmowanie decyzji o eutanazji przez samego lekarza. Jest znamienne, że na 25.306 przypadków eutanazji dokonywanych rocznie w Holandii (19,4% ogólnej liczby zgonów) aż w tysiącu przypadkach uśmiercenia dokuje się bez wiedzy chorego. 59% ankietowanych lekarzy holenderskich uważa niedobrowolną eutanazję za dopuszczalną.

Nic dziwnego, że ludzie osoby niepełnosprawne, przewlekle chorzy i starzy w Holandii coraz bardziej obawiają się o swoje życie, często odmawiają leczenia szpitalnego, przyjmowania leków i unikają wizyt lekarskich.

Miliony ludzi Zachodu nie pojmują sensu życia, jeśli łączy się z nim cierpienie, segregują ludzi na godnych życia i niegodnych życia, analizując rachunki ekonomiczne wmawiają „nierentownym”, że mają „prawo do śmierci”.

 

Próbuje się stworzyć nową etykę, która by uzasadniała działalność komisji do spraw życia i śmierci. Należy tutaj wspomnieć australijskiego filozofa Petera Singera, autora wydanej w Cambridge w roku 1979 książki pt. „Practical ethics”, która odbiła się szerokim echem w całej Europie Zachodniej i jakkolwiek na ogół wzbudziła sprzeciw, znalazła też zwolenników. Według nich lekarz względnie grupa ekspertów (komisja) rozważając możliwość eutanazji powinna kierować się wyłącznie korzyścią, jaką z faktu śmierci mogą odnieść zainteresowani, z chorym oczywiście na pierwszym miejscu, ale pod warunkiem, że jest świadomy. Na decyzję o przerwaniu leczenia lub zaaplikowaniu śmiertelnego zastrzyku wpływają według nich zasadniczo trzy elementy: wiedza, technika i ekonomia. Jeśli „wiedza” nie rokuje choremu wyzdrowienia, „technika” to potwierdza, „ekonomia” nie może zrobić nic innego, jak spisać go na straty i jak najszybciej zamknąć bilans: trzymanie „straceńca” przy życiu jest według Singera wprost nieetyczne.

*

Z księdzem Eugeniuszem Dutkiewiczem ze Zgromadzenia Księży Pallottynów (SAC) w Gdańsku udaje mi się skontaktować telefonicznie dopiero po kilku dniach wydzwaniania. Ciągle jest w drodze, albo gdzieś na dyżurze. Postanowiłem porozmawiać z nim na temat eutanazji, cierpienia i umierania, bo kto może na ten temat więcej powiedzieć od człowieka, który z cierpieniem i śmiecią spotyka się niemal codziennie.

Ks. Eugeniusz poświęcił się całkowicie opiece nad chorymi na raka w stanie terminalnym. W roku 1984 w sposób nieformalny i na pól legalnie (stan wojenny) założył w Gdańsku Hospicjum – [pierwsze w Polsce, które dzisiaj jest już uznana przez władze instytucją włączoną w państwową strukturę organizacyjną służby zdrowia. Zespół Hospicjum liczy 80 osób. W mijającym roku 1994 pod opieką zespołu znajdowało się tysiąc chorych. Siedemdziesiąt procent wszystkich zmarłych w domu w tym roku w Gdańsku było pod opieką członków Hospicjum. Obecnie działa w Polsce około 90 tego rodzaju ośrodków, co jest w dużej mierze zasługą inspirującej i propagatorskiej działalności ks. Eugeniusza. Przyglądając mu się, trudno mi uwierzyć, że ten czterdziestotrzyletni mężczyzna o delikatnych, szlachetnych rysach, o sposobie bycia zdradzającym wrodzoną nieśmiałość, mógł dokonac tak wielkiego dzieła.

- Zanim przejdę do istoty sprawy, powiedz kilka słów na temat Hospicjum. Co to jest?

- Hospicjum to zespół ludzi, to forma opieki lekarskiej i duchowej, to wreszcie pewna filozofia. Celem Hospicjum jest opieka nad chorym w terminalnym okresie choroby nowotworowej i łagodzenie jego cierpień, ale w taki sposób, aby przy zdehumanizowanej i depersonalizowanej medycynie przywrócić mu jednocześnie jego godność, którą nie trzeba mylić z komfortem. Czymś bardzo ważnym w tej opiece jest współpraca zespołu: lekarza, pielęgniarki, osoby duchowej i wolontariusza z rodziną chorego. Zadaniem Hospicjum jest przygotowanie do śmierci nie tylko chorego, lecz także jego rodziny.

Hospicjum to dzisiaj już ruch między narodowy oparty na bazie nowej gałęzi medycyny, tzw. medycyny objawowej, albo inaczej paliatywnej. Formy opieki hospicyjnej w zależności od kultury kraju i cywilizacji są dwojakie: opieka na oddziale szpitalnym lub opieka w domu rodzinnym. W Gdańsku i w ogóle w Polsce jest to przede wszystkim opieka w domu. Dom rodzinny jest dla umierającego środowiskiem najbardziej przyjaznym.

- Powiedziałeś „ w zależności od kultury”. Czy kultura jest w tym wypadku ważniejsza od warunków ekonomicznych?

- Tak. Warunki ekonomiczne chorego i jego rodziny są w tym wypadku czymś drugorzędnym. Jeśli nie ma kultury życia rodzinnego, więzi pokoleń, to zamiast serca ofiaruje się choremu instytucję.

- Dlaczego nazywacie się „Hospicjum”?

- „Hospitium” znaczy w języku łacińskim „gościnne przyjęcie, gospoda, szpital, miejsce odpoczynku”. Nazwa ta dobrze oddaje filozofię naszej działalności. Polega ona bowiem nie tylko na pomocy lekarskiej, lecz na towarzyszeniu choremu, dźwiganiu z nim razem jego brzemienia, jego krzyża. Znasz słowa św. Pawła: jedni drugich brzemiona noście. Nie przychodzimy do chorego tylko z jakąś posługą, ja np. nie przychodzę jako specjalista od życia wiecznego, przychodzimy do niego z naszym sercem i dajemy mu w nim gościnę. Hospicjum to przyjęcie do serca.

Chory umierający odczuwa bezbłędnie, czy stoisz pod jego krzyżem, czy tylko patrzysz z daleka na jego krzyż. Tak jak na Golgocie: niewielu stało pod krzyżem, tłum stał z daleka.

- A zatem Twoje zadanie jako duchownego polega tylko na biernym towarzyszeniu choremu?

- To by było za mało. Moim zadaniem jest pomóc mu zrozumieć, że on razem z Chrystusem dokonuje odkupienia świata. Św. Paweł Apostoł mówi o sobie: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Ga 1,24). Chory poprzez cierpienie jest w sposób szczególny wszczepiony w Chrystusa cierpiącego. Jeśli sobie to uświadomi, odkryje sens własnego cierpienia i jednocześnie potrafi zwalczyć lęk przed zbliżającą się nieuchronnie śmiercią, jak również ból. Byłem w ciągu dziesięciu lat istnienia Hospicjum przy tysiącach umierających i wprost widziałem, jak wiara w zjednoczenie z Chrystusem umierającym na krzyżu zamienia grozę śmierci w tęsknotę za jeszcze większym zjednoczeniem z Chrystusem w innym świecie. Poczucie unicestwienie to największa tragedia człowieka w ostatnich godzinach jego życia. Wiara w zbawcza moc krzyża Chrystusowego eliminuje to poczucie. Nawet powiem więcej: uświadomienie sobie sensu cierpienia, czyli przyjęcia go „w Chrystusie”, pozwala umierającemu jakby doświadczyć Boga, Jego bliskości.

- W jaki sposób pomagasz odkryć choremu w stanie terminalnym sens cierpienia?

- Nie trzeba wiele słów. Bliskość śmierci poszerza horyzonty świata duchowego. Chory staje się bardzo wrażliwy na to, co duchowe, co Boże; im bardziej ciało odmawia mu posłuszeństwa, tym bardziej „otwiera się” na działanie ducha. Zauważyłem, że dla umierających było pomocą już samo to, że się przy nich modliłem, choćby tylko w myśli. Wyczuwali taką modlitwę. Było pomocą to, że czytałem przy nich Pismo Święte, choćby nawet po cichu. Drogą do odkrywania sensu cierpienia jest w ogóle wszystko, co czynisz choremu, jeśli to wypływa z poczucia solidarności z nim i z twojej głębokiej wiary w zbawczą moc krzyża. W którymś z Psalmów czytamy : Głębia przyzywa głębię. Głębia duchowa człowieka cierpiącego, człowieka w obliczu śmierci, przyzywa twoją głębię. Nie trzeba dużo słów, aby się zrozumieć.

- Z tego, co mówisz, można wnioskować, że udaje ci się pomóc choremu w zrozumieniu sensu cierpienia.

- Generalnie, udaje się. My, Polacy, tkwimy w kulturze sacrum, ocieramy się o świątyni, są nam znane rytuały religijne życia rodzinnego. Nawet pozorni agnostycy na progu wieczności z łatwością odnajdują w skarbcu swoich doświadczeń i idei ostateczną prawdę o sobie samym – prawdę, że należą do Boga.

- Zdarzyło się chyba, że zapraszano cię do człowieka śmiertelnie chorego nie wierzącego w Boga. Jaka wówczas była Twoja rola?

- Chory umierający nie pyta się, czy jestem księdzem, pyta się, jaki jest stan mojego ducha, ile w nim jest pokoju, dobroci i umiłowania bliźniego. Jeśli nie będzie we mnie tych wartości, nie będę mu potrzebny.

- A teraz pytanie, z którym właściwie przyjechałem: Czy zdarzyło Ci się, aby chory w stanie terminalnym, bez nadziei wyleczenia, prosił Cię o eutanazję, albo o pomoc w samobójstwie?

- Nigdy. Kto zaczyna rozumieć sens cierpienia w Chrystusie, nie dopuszcza myśli o eutanazji. Człowiek pragnie umrzeć, kiedy nie może sobie poradzić z bólem fizycznym lub duchowym, albo z wielkim wewnętrznym napięciem, jakie łączy się z oczekiwaniem śmierci. Duchowe zjednoczenie z Chrystusem - powtarzam, co już powiedziałem wcześniej – eliminuje grozę śmierci, nie ma już śmierci, jest przygarnięcie człowieka przez Boga, schowanie się człowieka w ramionach Boga.

Niedawno temu z lekarzem i pielęgniarką byłem przy agonii młodej kobiety, która chorowała dziewięć lat. Była to osoba bardzo religijna. Dziewięć lat dojrzewała do wieczności o coraz ściślejszego zjednoczenia z Bogiem. Mieliśmy wszyscy to samo doświadczenie: to nie była śmierć, to było przeistaczanie się w światło. Uśmiech, blask oczu, blask całej twarzy… Jestem daleki od egzaltacji. Wszyscy byliśmy świadomi, że dotykamy skrawka nieba.

- Dlaczego medycyny paliatywnej – rozumiem opiekuńczej – nie stosuje się na większą skalę?

- Wynika to być może z mentalności kultu człowieka sukcesu. Jeżeli lekarz nie rokuje wyzdrowienia, to znaczy, że nie potrafił wyleczyć – doznał porażki. Jeśli więc doznał porażki, odsuwa się od chorego. Inna przyczyna – brak rozumienia dla sfery duchowej człowieka i niedojrzałość duchowa. Żeby towarzyszyć choremu, trzeba posiadać głęboką duchowość.”

 

Powrót do książek...>>  
Katolicka Wspólnota Modlitewna-Ewangelizacyjna - MARANA THA