MARANA THA - katolicka wspólnota

czytelnia

"Przyjście Pana w miasteczku Darłowo" - Fragment (str.81-83)


Bogaty młodzieniec

Bogaty młodzieniec od czasu spotkania z Jezusem w Galilei nie mógł nigdzie znaleźć spokoju, ciągle przypominała mu się rozjaśniona twarz Jezusa i Jego ledwo zauważalny, ale niewątpliwy uśmiech wyrażający wielką sympatię, kiedy usłyszał od niego - młodzieńca - że przykazania Boże zachowuje od dziecka. Znajomi, świadkowie tego spotkania, mówili mu później, że Jezus spojrzał na niego z miłością. Tak, bogaty młodzieniec nigdy jeszcze nie doświadczył takiej mocy spojrzenia, jak wtedy, i takiej przenikającej aż do głębi serca radości czy światła. Wydawało mu się, że na niebie świecą jednocześnie słońce i gwiazdy, że pustynia rozkwita jak ogród, a w małych miasteczkach nad jeziorem słychać pieśni jakby wesela. Co by dał, żeby jeszcze raz przeżyć taką chwilę! Był pewny jednak, że to się już nigdy nie powtórzy. Nie może stanąć przed Jezusem.

Już od dawna dzień zaglądał przez małe okienko, a on ciągle siedział przy stole nad kawałkiem papirusu. Noc mu zeszła jak jedna chwila. Znowuż wraca do początku. Jak to się zaczęło?

Dobrze pamięta, że kiedy słuchał kazania Jezusa, pociągała go do Niego jakaś wielka siła, a gdy Jezus wstał i zaczął iść w kierunku jeziora otoczony uczniami, postanowił podejść do Niego jak najbliżej i zapytać Go o cokolwiek. Później przyszła refleksja: dlaczego o cokolwiek? - zapytam się, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne. Nie wszyscy w Izraelu wierzyli w życie wieczne, znał takich wielu, którzy mówili: życie wieczne to mrzonki, nie uciekaj od rzeczywistości, ciesz się tym, co masz. Zresztą nawet mądry Kohelet poucza:

Wszyscy żyjący mogą mieć jeszcze nadzieję -
bo lepszy jest żywy pies
niż lew nieżywy -
ponieważ żyjący wiedzą, że umrą,
a zmarli niczego zgoła nie wiedzą,
zapłaty też żadnej już więcej nie mają,
bo pamięć o nich idzie w zapomnienie.
Tak samo ich miłość,
jak również ich nienawiść, jak też ich zazdrość -
już dawno zanikły,
i już nigdy więcej udziału nie mają żadnego
we wszystkim, cokolwiek się dzieje pod słońcem(Koh 9,4-8).

Takiego zdania byli saduceusze, ale bogaty młodzieniec wierzył raczej faryzeuszom, którzy przyjmowali istnienie życia po śmierci, czuł intuicyjnie, że tak powinno być. Kohelet wyraża w tych słowach - jakkolwiek natchnionych - ludzkie doświadczenie, a cóż może człowiek żyjący na ziemi powiedzieć o życiu poza grobem? Potrzeba kogoś posłanego przez Boga, aby wyjaśnić do końca nasze przeznaczenie. Jezus to właśnie czynił. Bogaty młodzieniec słuchał nauk Jezusa z zapartym tchem, wydawało mu się, że czekał na nie od zawsze. Jezus bowiem nauczał, że życie nie kończy się śmiercią.

Przypomina sobie, jak kiedyś Jezus powiedział: Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie (Mt 5,11). Wtedy, nad jeziorem, przepychając się w stronę Jezusa, postanowił ostatecznie zapytać się o to, jak ma żyć, aby osiągnąć życie wieczne. Szedł nie spuszczając Jezusa z oczu, już zrównał się z uczniami, zaczął ich mijać i wreszcie znalazł się obok Niego, ale nie śmiał Go zatrzymać, wybiegł nieco do przodu i rzucił się przed Nim na kolana. A potem wyrecytował długo układane pytanie: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? (Mk 10,17). Jezus stanął przed nim i odpowiedział pytaniem: Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg.

Bogaty młodzieniec często zastanawiał się nad tymi dwa zdaniami Jezusa. Dlaczego tak powiedział? Przecież On jest dobry. To się widzi w każdym Jego geście i słowie, nawet kiedy podnosi głos, kiedy ostrzega, grozi. Mało tego, przy Jezusie wszyscy wydają się być dobrzy, dobro staje się tak naturalne jak oddychanie.

Może Jezus chciał przy tej okazji pouczyć, że wszelkie dobro pochodzi od Boga, a człowiek jest na tyle dobry, na ile otworzył się na działanie Boga w sobie. I jeszcze jedno: tylko na Bogu nie zawiedziesz się - chyba, że człowiek jest pełen Boga.

Potem Jezus dodał: Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę.

Bogaty młodzieniec pamięta, że odpowiedział Jezusowi: Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegam od mojej młodości. Gdy to mówił, nadal przed Nim klęczał, nie zwracał uwagi na to, jak patrzyli na niego ludzie. Nikt poza Jezusem nie był wtedy dla niego ważny.

A potem stało się coś, co zaczęło go gryźć jak robak: Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!

To było tak niespodziewane, że młodzieńca jakby sparaliżowało. Spodziewał się pochwały, a tymczasem Jezus zaproponował mu utratę majątku i życie w niepewności, życie wędrowca bez solidnego oparcia w rodzinie, klanie. Nie wiedział, co ma powiedzieć, posmutniał, wstał w milczeniu z trudem, jakby dźwigał na sobie wielki ciężar. Zeszedł z drogi Jezusowi. Minęli go uczniowie, minął go idący za Jezusem tłum. Miał żal do siebie, że nie potrafił odpowiedzieć pozytywnie, i miał żal do Jezusa, że tak wiele od niego zażądał. Kiedy został sam, rozpłakał się: Nauczycielu, dlaczego żądasz ode mnie więcej niż od innych? Miałby utracić dorobek kilku pokoleń? Dorobek swojego dziadka, który bez pracy nie mógł przeżyć ani jednego dnia, ani godziny - a Bóg mu błogosławił przymnażając mu wołów i owiec - dorobek swojego ojca niezwykle utalentowanego i oszczędnego aż do przesady kupca. Jak by to przyjęła matka? Wpadłaby w rozpacz. Już widzi kpiący wyraz twarzy wuja Jakuba, który ciągle ostrzegał go: daj sobie spokój z tym prorokiem z Nazaretu, weź się za biznes, czeka kilka spraw do załatwienia. Jak by zniósł pogardliwe spojrzenie Sary? Sprzedaj wszystko, co masz! Przypomina sobie, że kiedyś Jezus powiedział dziwną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę (Mt 13,44). Wtedy nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Myślał: człowiek ten sprzedał wszystko, ale też kupił więcej, w sumie zyskał. Teraz zaczął rozumieć, że skarb nie jest rzeczywistością doczesną. Będziesz miał skarb w niebie. Nauczycielu, czy można stawiać cały swój los na coś, co jest zakryte i nieznane? Bogaty młodzieniec obejrzał się za odchodzącym tłumem, a potem przyglądał się śladom stóp na piasku, śladom sandałów, podeptanej trawie. Znowuż ogarnął go smutek. Czuł, że coś stracił, ale nie wiedział dlaczego. Usiadł powoli na ziemi i podniósł twarz, zaczął się modlić: Boże ojców naszych, ja zawsze zachowywałem Twoje przykazania...

Bogaty młodzieniec od triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, w którym zresztą brał udział, ale gdzieś na końcu pochodu, daleko od oczu Jezusa, starał się nie stracić ani jednego z Jego przemówień w świątyni. Zawsze jednak chował się za innych, nie chciał, aby Jezus go rozpoznał - po prostu wstydził się. Czuł się jakiś wewnętrznie rozdwojony, nic go nie cieszyło, unikał nawet najbliższych w rodzinie, przyjaciół, ludzi, z którymi jeszcze do niedawna miał doskonałe relacje. Żadna sprawa, żadne wydarzenie nie wydawało mu się godne uwagi. Wokół czuło się jakieś napięcie, nadchodzące święta Paschy zapowiadały się w Jerozolimie jako czas być może historycznych przemian; wielu rozpowiadało na lewo i prawo, że Prorok z Nazaretu ogłosi w świątyni coś niezwykłego, na co naród w istocie czeka; inni z całą powagą twierdzili, że arcykapłani i Najwyższa Rada postanowili zmienić politykę w stosunku do Jezusa; według jeszcze innych triumfalny wjazd Jezusa do świętego miasta przeraził Piłata i można spodziewać się, że w najkrótszym czasie wycofa wojska z twierdzy Antonia. Bogaty młodzieniec dziwił się, że go te plotki nie pasjonowały, natomiast od kilku dni nie dawała mu spokoju myśl, żeby napisać krótki list do Jezusa i przesłać Mu przez jednego z Jego uczniów.

Nad tym listem trudził się całą noc: poprawiał, przepisywał, wreszcie stwierdził, że nic lepszego już nie ułoży. Podszedł do okna i przeczytał go jeszcze raz: Panie! Chciałem zacząć budować na skale, wszystko jednak wypada mi z rąk, nie mogę położyć kamienia na kamieniu. Chciałem iść za Tobą, gdziekolwiek pójdziesz, ale droga mi się urwała. Przede mną przestrzeń na pół świata. Nie umiem latać. Chciałem się modlić do Ojca w niebie, jak nas uczyłeś, ale słowa modlitwy poszły za Tobą. Zostałem sam. Nie mogę trafić do Twojej zagrody. Szukaj mnie! Jestem zagubioną owcą.

Teraz należało nieco odpocząć a po śniadaniu udać się do świątyni, gdzie - miał nadzieję - na pewno spotka Jezusa ze swoimi uczniami. Leżąc już na posłaniu i prawie zasypiając myślał, któremu z uczniów Jezusa ten list wręczy: czy temu z długą brodą o ascetycznej twarzy, czy temu, w średnim wieku, pełnemu energii, który robi wrażenie pierwszego po Jezusie; czy może temu najmłodszemu - Janowi. Ten z kolei wydaje się być bardzo sympatyczny i chętny do udzielenia pomocy. Obudził się jednak później niż planował, już dochodziło południe. Wyszedł ze swojego obszernego domu w górnym mieści i udał się prosto w kierunku pałacu Hasmonejczyków, aby następnie skręcić w prawo i wejść na dziedziniec świątyni przez jedną z bram Huldy. W drodze zmienił zdanie: postanowił udać się najpierw pod twierdzę Antonia w północno zachodnim narożniku świątyni, a więc po jej przeciwnej stronie i sprawdzić, czy nie dokonują się jakieś ruchy wojsk rzymskich. I właśnie tam, na wąskiej uliczce niedaleko twierdzy natrafił na prowadzonych przez oddział rzymski trzech skazańców, którym towarzyszyli arcykapłani, grupa członków Sanhedrynu i spory tłum ludzi. Przed jednym ze skazańców, który miał okropnie zakrwawioną szatę a na głowie wieniec z cierniowych gałązek, żołnierz niósł tabliczkę z napisem „Jezus Nazarejczyk Król Żydowski”, za Nim szedł jakiś mężczyzna z krzyżem. Bogaty młodzieniec rozszerzonymi z przerażenia oczami wpatrywał się w nadchodzący pochód, ogarnęła go tak wielka słabość, że musiał oprzeć się o ścianę domu. W pierwszej chwili chciał uciekać, ale nie mógł się ruszyć. Potem jednak przyszła refleksja: nie, nie możesz uciekać, powiedz Jezusowi to, co powinieneś! Co mam powiedzieć? Jezus już był prawie przy nim, może o trzy kroki; miał spuchniętą i pokrwawioną twarz, spuszczony wzrok, z trudem oddychał, coraz bardziej pochylał się. Bogaty młodzieniec nabrał w płuca powietrza jakby chciał zakrzyknąć, ale na krzyk zabrakło mu sił, a może odwagi, tylko wyszeptał: Nauczycielu dobry! Jezus odwrócił głowę jakby usłyszał ten szept, jednocześnie zachwiał się i upadł całym ciałem, bezwładnie, jak podcięte drzewo. Zaraz otoczyli Go żołnierze. Pochód zatrzymał się. Młodzieniec był przekonany, że Jezus umarł. Ogarnęła go rozpacz, stał oparty o ścianę, ręką przysłonił oczy i powtarzał w koło to samo: Boże mój, Boże mój! Nagle jak błyskawica pojawiło się pytanie: Czy teraz, na tej drodze powiedziałeś, że wszystko sprzedasz? Raz miał wrażenie, że powiedział, zaraz potem - że nie. Kiedy podjął taką decyzję? Boże mój! - jęczał - czy ja jednak przyrzekłem? Czy to zresztą nadal miałoby sens?

Powrót do książek...>>  
Katolicka Wspólnota Modlitewna-Ewangelizacyjna - MARANA THA