MARANA THA - katolicka wspólnota

czytelnia

Człowiek współczesny bardziej wierzy świadkom, aniżeli nauczycielom[69], bardziej doświadczeniu, aniżeli doktrynie, bardziej życiu i faktom, aniżeli teoriom. Świadectwo życia chrześcijańskiego jest pierwszą i niezastąpioną formą misji. Chrystus, którego misję przedłużamy w czasie, jest „Świadkiem” w pełnym tego słowa znaczeniu (por. Ap 1, 5; 3, 14) i wzorem chrześcijańskiego świadectwa. Duch Święty towarzyszy drodze Kościoła i włącza go w świadectwo, które On sam daje Chrystusowi (por. J 15, 26-27).

I wtedy przyszedł...

Chcę napisać o tym jak żyłem wcześniej, jak wyglądało moje życie, zanim uzdrowił je Jezus Chrystus, i jak wygląda teraz. Żyłem całkowicie zanurzony w odmętach ciemności, demoralizacja i upadek postępowały coraz szybciej, ciągnąc mnie na samo dno. Aż w końcu się tam znalazłem. I wtedy przyszedł... Mój Pan i Wyzwoliciel. Jezus Chrystus, któremu niech będzie chwała po wieki wieków! Ale po kolei...

Chcę opisać kolejne etapy mojego życia, rodzinę i ludzi, którzy wywarli wpływ na moje życie i rozwój mojej osobowości. Być może ktoś znajdzie jakieś podobieństwo, podobne przeżycia, co skłoni go do refleksji i pomoże w jego własnej drodze.

Moi rodzice są ludźmi posiadającymi olbrzymi zasób wiedzy, mama zna odpowiedzi na bardzo wiele trudnych pytań, uchodzi za osobę mądrą. Niestety jej wiedza nie uchroniła jej przed złem, a nawet wydaje mi się, że w pewnym stopniu stało się to jej przekleństwem, nie potrafi zobaczyć tego, co niezauważalne gołym okiem. Zło wdarło się do mojej rodziny jeszcze przed moim narodzeniem. Moi rodzice nie żyją w związku sakramentalnym. A cudzołóstwo niestety, wpuszcza w rodzinę demony. I tak się stało. Nie zostałem ochrzczony jako dziecko, tak samo jak i moja siostra, która urodziła się cztery lata później. Ni zostaliśmy włączeni do wspólnoty chrześcijańskiej i zło zawładnęło nami. Tu muszę nadmienić, że byłem osobą bardzo mocno zniewoloną złem. Bez ochrony Jezusa Chrystusa. Ale o tym dowiedziałem się dopiero jako dorosły człowiek. Przez 29 lat żyłem z mrocznym cieniem, który doprowadził mnie na sam skraj życia.

Od kiedy tylko sięgam pamięcią zawsze był ze mną strach. Bałem się praktycznie wszystkiego. Miałem ciągły ścisk żołądka, zawsze coś mnie niepokoiło, ciągle wyobrażałem sobie, co złego się stanie. Strach był ze mną przez prawie 30 lat. Jako 3-4 latek nie chciałem spać sam. Pamiętam, że zasypiałem w swoim pokoju, lecz często budziłem się w nocy, chyba płakałem, przychodziła mama spać w moim łóżku, a ja szedłem do ojca. Niedużo mi to pomagało, na ścianie pojawiały się jakieś cienie, które schylały się w moją stronę, byłem tak przerażony, że nie mogłem się ruszyć. Nie pamiętam, czy mówiłem o tym rodzicom, ale wiem, że nawet jeśli, to nie traktowali tego poważnie. Ot coś tam dzieciak sobie wydumał. A to się działo i powtarzało się nocami. Zło powodowało we mnie uczucie strachu od dziecka. Kiedyś do rodziców przyszli znajomi. Było wesoło, śmiali się w drugim pokoju. Ja próbowałem zasnąć, drzwi do mojego pokoju były otwarte, patrzyłem na przedpokój. I wtedy z kuchni, w której nikogo nie było, lecz paliło się światło wysunęły się dłonie. Dwie dłonie, zza framugi. Męska i damska, jedna nad drugą. Trwało to chwilę, po czym wsunęło się z powrotem. Zdaje się, że chwilę potem moja mama weszła do kuchni. Nie miałem wtedy 4 lat, ponieważ nie było jeszcze mojej siostry, lecz pamiętam to bardzo wyraziście. Jakże olbrzymie było moje przerażenie. Wydaje mi się, że te doświadczenia sprawiły, że od dziecka wierzyłem w duchy, zjawy, różne rzeczy, które powodują niepokój.

Ale mój strach nie kończył się tutaj. Był w każdusieńkiej części mojego życia. Byłem dzieckiem, które bało się wychodzić na dwór. Ojciec nawet zrobił mi duży drewniany miecz, żebym się nie bał, ale niewiele to pomogło, od razu pozwoliłem go sobie zabrać.

Zawsze uważałem się za gorszego od innych, wydawało mi się, że wszystko gorzej mi wychodzi, że nie mam prawa mieć fajnego pomysłu, że mówię tylko coś głupiego. Moi rówieśnicy musieli to wyczuwać, bo nikt nie traktował mnie poważnie. Z tymi odczuciami borykałem się całą szkołę podstawową i zawodową, potem w pracy. W moim domu rodzinnym, nikt nie okazywał sobie uczuć. Nie było prawdziwej troski, bezinteresownej miłości, choć wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Na pozór wydawało mi się, że jesteśmy wzorową rodziną, ja nawet nieraz chlubiłem się, że mam świetny kontakt z rodzicami, naprawdę tak mi się wydawało.

Nie mogę powiedzieć, żebym chodził głodny, czy brudny, absolutnie nie. Ale wiem, że dzieciom najbardziej potrzebna jest miłość, okazywanie zainteresowani, szczerość, miłość, miłość, miłość... A bez Jezusa Chrystusa nie jest to możliwe. Ojca zawsze się bałem. W dorosłym życiu nawet jak spotkałem mężczyznę o podobnej fizjonomii to czułem lęk. Zawsze był mrukliwy, niezainteresowany tym, co dzieje się wokół niego. Pracował jako żołnierz zawodowy, nie bardzo chyba mógł znieść tę prace i dopóki nie odszedł z wojska często był zły, awanturował się. Uciekał w świat książek, czytał zawsze bardzo dużo, podobnie jak i matka. Mnie zresztą również wpoił ta pasję. Nie ma w tym nic złego, do momentu jednak, kiedy przestaje się widzieć rzeczywistość, a ucieka w fikcyjny świat literatury. A tak było w moim domu. Od czasu do czasu mojemu ojcu przypominało się, że jest rodzicem, szczególnie jak chodziłem do szkoły, więc kontrolował mi zeszyty. Nie uczyłem się za bardzo, więc po takich kontrolach zazwyczaj robiło się nieprzyjemnie i przez kilka dni musiałem się bardziej przykładać. Ale znalazłem na to sposób. Pożyczałem od kolegów różne książki, podkładałem niby przypadkiem, ojciec zawsze się za nie zabierał i już miałem spokój. Godzinami siadywał na stołku pod kaloryferem i świata nie widział. Sęk w tym, że często powodował taką atmosferę, że strach było tam zajrzeć. Nigdy nie udało nam (mi) zbliżyć się do siebie, chociaż ja bardzo tego potrzebowałem. Pamiętam taką sytuację, kiedy byliśmy wspólnie na wyjeździe, u rodziny nad jeziorem. Miałem jakieś 3 latka. Wieszałem się tacie na szyję i bardzo chciałem cmoknąć go w usta. On cały czas odwracał głowę, mówiąc, że "mężczyźni w usta się nie całują". Co z tego, kiedy ja wcale nie byłem mężczyzną, a on był moim tatą. Musiałem mocno to przeżyć skoro wyraziście pamiętam to do dzisiaj. Ojciec uwielbiał łapać ryby i zdarzało się, ze zabierał mnie ze sobą. Zawsze próbowałem z nim o czymś porozmawiać, opowiedzieć, posłuchać. Ale dla taty ważniejsze były jego wędki i ryby, które ewentualnie może złapać, niż fakt, że jest ze swoim synem. Dzisiaj jak o tym myślę, robi mi się smutno. Mam syna, którego kocham do szaleństwa i wiem, że wspólne wędkowanie może być wspaniałe, ale najważniejsza musi być radość z przebywania z osobą bliską i ukochaną. No, ale ojciec tego nie wiedział. Mnie Pan Jezus miłości do mojego syna nauczył i obdarował nią. Gdyby nie Jezus, pewnie byłbym taki sam, a nawet gorszy. Kontaktu z tatą szukałem zawsze, dwa lub trzy razy fajnie nam się porozmawiało, kiedy już byłem dorosły i obaj nadużyliśmy alkoholu. Wtedy przez chwilę potrafił się otworzyć i był na naprawdę fajny. Ale co z tego, skoro rano znowu otaczał się tą swoją skorupą niedostępności.
Kiedy piszę te słowa, obok mnie siedzi mój synek, który ma dwa latka i 3 miesiące. Koniecznie chciał robić to samo co tata, więc mama dała mu kartki i długopis. Robi mądre miny, co chwilę do mnie zagaduje, wymienia ze mną długopis. Jakże bardzo można cieszyć się z tego wspólnego obcowania, jakże cudownie jest kochać!!! Dziękuję Ci Panie Jezu!!! Za to, że tych zwykłych, cudownych chwil jest coraz więcej w moim życiu. Dziękuję!!!

Jak już pisałem, bałem się wszystkiego. Bardzo niepokoiła mnie myśl o kontaktach z innymi osobami. Im byłem starszy, tym mocniej narastało to we mnie. Zawsze uważałem się za gorszego. Moi rodzice nie mieli zbyt wielu znajomych. Przez jakiś bardzo długi okres czasu mojego dzieciństwa i dorastania, nie spotykali się chyba w ogóle z żadnymi ludźmi, poza kontaktami w pracy. Wydaje mi się, że działo się tak przez moja mamę, która nigdy nie potrafiła nikogo zaakceptować. Nie mam pojęcia, co nią kierowało, wiem tylko, że podobnie było ze mną. I tutaj dochodzi do pewnego paradoksu, z jednej strony bałem się ludzi i uważałem, że są lepsi ode mnie, z drugiej strony gardziłem prawie wszystkimi czując się od nich lepszy. Takie dziwne pomieszanie, którego sam nie rozumiem. Z domu wyniosłem także przeświadczenie, że, jeśli ktokolwiek myśli inaczej, niż moja mama, na pewno się ma racji i jest idiotą. A uwierzcie mi, jak patrzę na siebie wstecz i przypominam sobie jak postrzegałem ludzi i wiele różnych spraw, robi mi się wstyd przed samym sobą. Niesamowicie wprost mędrkowałem. Jako, że od dzieciństwa zaczytywałem się książkami na równi z rodzicami, miałem w głowie spory mętlik wiadomości. Setki przeczytanych książek sprawiły, że potrafiłem rozmawiać i wiedziałem wiele o różnych rzeczach. Potrafiłem szybko kojarzyć fakty, no i uwielbiałem, po prostu okazywać swoją wyższość. Zawsze miałem inne zdanie niż mój rozmówca, nawet jeśli wiedziałem, że nie mam racji. To nie było istotne, ważne było to, żeby zniszczyć intelektualnie. Potrafiłem tak operować językiem, że nie można mnie było przegadać. Podpierałem się faktami, a często fikcją, którą potrafiłem podać w sposób przekonywujący. Byłem mistrzem kłamstwa i bardzo byłem z tego dumny. Dla przykładu, kiedyś jako dorosła już osoba rozmawiałem w większym gronie z ludźmi i pochwaliłem się, że w każdej chwili potrafię ich "wkręcić". Nie chcieli za bardzo wierzyć, więc powiedziałem głośno: - Uwaga, teraz będę was wkręcał, zaczynam. A po dwóch minutach głośno się śmiałem, kiedy patrzyli po sobie zdziwieni, że uwierzyli w bzdurę, jaką im przedstawiłem. Cały mój świat był zbudowany na kłamstwie. Prawdy chyba nie było w nim w ogóle. Nie wiem jak funkcjonowałem w ten sposób, ja chyba sam w różne rzeczy wierzyłem. Tworzyłem swoim językiem w umysłach różnych ludzi rzeczywistość, która nie istniała, a oni o tym nie wiedzieli. I doskonale potrafiłem nimi manipulować. To działo się samo. Czasami zaczynałem od jednego słowa, wtrącenia, czy gestu, aby po miesiącu wykorzystać go i wpleść w jakąś historię, aby ją bardziej uwiarygodnić. To naprawdę niewiarygodne, jakie ja rzeczy budowałem na kłamstwie. A jeśli nawet gdzieś moja kłamliwa konstrukcja załamywała się przez drobny błąd, zaraz potrafiłem wznieść filar jeszcze potężniejszy, jeszcze bardziej przewrotny i manipulujący człowiekiem. Sprawiłem w ten sposób, że ludzie robili dla mnie to, co chciałem, żeby robili i myśleli tak, jak chciałem, żeby myśleli. Teraz, kiedy to piszę, aż kręci mnie w żołądku od ohydy takiego zachowania. Ale niestety taki byłem. Chlubiłem się swoją logiką, wydawało mi się, że jestem niezmiernie wprost inteligentny, o wiele, wiele bardziej od innych. Nos nosiłem naprawdę wysoko, ale tak naprawdę cały czas byłem tylko kłębkiem strachu.

Działo się ze mną zawsze dużo dziwnych rzeczy. Miałem takie chwile, kiedy zło nachodziło mnie i absolutnie traciłem nad sobą kontrole. Tak było na przykład w szkole. W domu zachowywałem się dosyć normalnie, natomiast, kiedy przekraczałem bramę szkoły, natychmiast coś we mnie wstępowało i zaczynałem szaleć. Nauczyciele nie byli w stanie sobie ze mną poradzić, nie znosili mnie, podobnie jak i koleżanki i koledzy z klasy.
Niszczyłem innym dzieciom przedmioty, nie potrafiłem usiedzieć w jednym miejscu, cały czas chlapałem językiem jakieś bzdury. Natomiast, kiedy wracałem do domu wszystko się uspakajało. Klika razy dostałem lanie od Ojca za swoje zachowanie, ale i tak nie potrafiłem przestać. Już wtedy dziwiło mnie samego, dlaczego tak się ze mną dzieje. Czasami napadało mnie w domu, ale zawsze jak nikogo nie było. Moi Rodzice mieli sukę owczarka. Miała na imię Hera. Zdarzało mi się wielokrotnie, kiedy byłem z nią sam chwycić pas lub smycz i bardzo mocno ją pobić. Po prostu. Kiedy przychodziło opamiętanie strasznie płakałem, przytulałem ją i przepraszałem. Ale potem znów to robiłem. Kiedyś naszło mnie w domu takie niszczycielskie uczucie, zdemolowałem jakieś sprzęty, zrobiłem straszny bałagan. Przeszło mi dopiero wtedy, gdy leżała przede mną martwa papuga, którą strasznie maltretowałem, aż w końcu udusiłem. Ależ ja wtedy płakałem. A potem dostałem silne lanie od Ojca. A to wszystko to było preludium tego zła,które jeszcze miałem popełnić.

Wydaje mi się, że Pan Bóg pozwala niejednokrotnie na różne wypadki, zdarzenia, aby człowiek się otrząsnął, zastanowił nad swoim życiem i uczynkami. Tak też chyba stało się i w stosunku do moich Rodziców. Spotkał mnie bardzo poważny wypadek, rana cięta prawej ręki, miałem poprzecinane ścięgna. Jak wyraził się lekarz "cudem nie została przecięta tętnica" - bo wtedy najpewniej bym umarł. Niestety Rodzice nie potrafili dostrzec w tym wypadku nic, co zmieniłoby ich życie i postępowanie. Jakiś czas później moja siostra przeszła bardzo poważne zapalenie płuc. I również "cudem przeżyła". Nie zmieniło to jednak nic. Nie pamiętam dokładnie, ale może było to nawet w czasie, kiedy Mama miała bardzo bliskie spotkania ze świadkami Jehowy. Bo i taki epizod był w moim życiu. Jako małego chłopca zabierała mnie na spotkania tych ludzi, gdzie zostałem nakarmiony różnymi bzdurami. Choć w sumie to tylko otarłem się o ten świat, to muszę powiedzieć, że to, co zostało przez nich zasiane we mnie, dość mocno przeszkadzało mi potem w nawróceniu. Jak zresztą wiele innych rzeczy. Z jakichś powodów jednak Mama przestała spotykać się z tymi ludźmi. Zło jednak wdzierało się z każdej strony do naszej Rodziny. Choć nikt tego nie widział. W domu pojawiły się różne dziwne książki, jakieś "naukowe" bzdury o przybyszach z kosmosu, o dziwnych energiach z kosmosu. Jedna z nich "Podróże poza ciałem" traktowałem wręcz z uwielbieniem, przez wiele lat próbując różnych technik w niej opisanych. Była jeszcze jedna, o wpatrywaniu się w lustro, można było doznać wizji, spotkać swoich zmarłych. Nie wiedziałem jednak, że to wszystko to szatańskie sprawki i dogłębnie się tym fascynowałem. Na moje szczęście chyba jednak nigdy za bardzo mi to nie wychodziło. Podobnie jak wróżenie z kart tarota, które również Posiadałem

Niestety moja młodsza siostra nie miała takiego szczęścia. Sama siebie określała jako "wiedźmę". Potrafiła kontaktować się z duchami, widywała różne twarze i dziwy w lustrach, widywała zjawy. Jej wróżby z kart dokładnie się sprawdzały. Razem z koleżanką uprawiały jakieś magiczne rytuały, ja sam poddałem się kiedyś oczyszczeniu czakramów.(Czymkolwiek one nie są). Uprawia szamanizm, podobnie zresztą jak w tej chwili moja Mama. Mama wierzy, że trzymanie jakiś patyczków, czy pocieranie ich o coś tam pomaga. Kiedyś po czymś takim, padła wyczerpana i zasnęła. Obydwie studiują książkę "Szaman miejski" Mama zabiera ją wszędzie. Dzisiaj wiem, że jest to oddawanie kultu szatanowi, że jest to przeogromne zło, wiem jak ciężko mi było się wyrwać. A on nigdy nic nie daje, wszystko jest wielkim oszustwem.
Siostra, kiedy jeszcze utrzymywaliśmy kontakt, nie była szczęśliwa. Podobnie jak i ja miała w sobie tylko ciemność i chaos. Widziałem kiedyś np. jak podczas rozmowy zaczyna nagle krzyczeć, wstaje uderza głową w ścianę i wybiega z pokoju. Mama jest osobą ogromnie zalęknioną. Żyje w swoim dziwnym świecie, boi się praktycznie wszystkiego. I niestety, choć sama sobie z tego nie zdaje sprawy, niszczy.
Mój Tata pochodzi z wierzącej rodziny. Mama potrafiła na przestrzeni lat, tak go zmanipulować, że odsunął się od swojej Mamy. Babcia już dawno odeszła, ale on przez to do dziś nie potrafi jej wybaczyć jakiegoś błędu z młodości. Ja, jako dziecko bardzo Babcię kochałem, była bardzo dobrą osobą. I była blisko z Panem Jezusem. I to na pewno sprawiło, że Mama odsunęła od niej również mnie i moją siostrę. Mnóstwo indoktrynacji, które sprawiły, że wyrobiła we mnie nienawiść do Babci. Dziecko łatwo zmanipulować. W tej chwili płaczę jak o tym pomyślę.

Babcia bardzo ubolewała nad tym, że ja i siostra nie zostaliśmy ochrzczeni. I jestem dziś absolutnie przekonany, że to między innymi jej modlitwy i ofiara (bardzo chorowała przed odejściem) spowodowały moje nawrócenie. Dziękuję Ci Babciu. Na szczęście żyje jeszcze siostra mojej Babci, z którą teraz nawiązałem bliski kontakt. Nie chcę, żeby była samotna i razem z żoną staramy się nią zaopiekować. Jest bardzo ciepłą i dobrą osobą, mój synek ją uwielbia, ciągle chce do niej jeździć. I to też jest wróg mojej Matki, odsunęła mojego Tatę również i od niej. Dziś widzę, że Matka odsunęła nas od Jezusa jak tylko mogła. We mnie na przykład od małego wyrabiała niechęć do dzieci. Dziecko nie było dla mnie człowiekiem, tylko czymś zbędnym i niepotrzebnym.
Z Mamą jest tak do tej pory. Kiedy moja żona zaszła w ciążę pojechaliśmy do rodziców, żeby im o tym powiedzieć. I widziałem szczerą radość w oczach mojego taty i złość w oczach matki. Nie może znieść dobra. A najgorsze jest w tym wszystkim to, że nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie widzi w sobie zła. Widziałem wściekłość w jej oczach, kiedy powiedziałem, że chcę zostać ochrzczony. I tutaj zabawna historia, jak Pan Jezus potrafi złu przytrzeć nosa. Moja Mama ma przyjaciółkę, podobną do siebie, razem wojowały przeciwko krzyżom na ścianach w miejscu ich pracy. Otóż ta przyjaciółka również nie ochrzciła swoich dzieci. I nagle jeden z jej dorosłych synów przyjmuje sakramenty: chrztu, bierzmowania i małżeństwa. Cóż to była za rozpacz. Prawdziwe łzy i żal. Jak on mógł jej to zrobić, sprzeniewierzył się tym wszystkim wielkim wartościom i zasadom, które w niego wpoiła. Moja Mama pocieszała ją, cieszyła się też przy tym, że "jej syn to na pewno czegoś takiego nie zrobi". Ja zresztą wtedy jeszcze też tak myślałem. Ale niedługo potem, łaską Pana Jezusa przyjąłem chrzest, ale do tego jeszcze dojdziemy.

W tej chwili z Rodzicami nie utrzymuję żadnych kontaktów. Jest dokładnie tak jak powiedział Pan Jezus (…cytat). Już po nawróceniu pojechałem do moich Rodziców razem z moim synkiem. Opowiedziałem o swoim nawróceniu, prosiłem, żeby mi przebaczyli błędy, jakie popełniłem, zło, jakie im wyrządziłem. Chciałem się pojednać. Wtedy widzieliśmy się po raz ostatni. Mój synek zachowywał się tam bardzo nienaturalnie, chował się po katach, kucał, płakał. A kiedy mówiłem o Jezusie, przez chwilę widziałem jak zmieniły się oczy mojej Matki. Jakie były nieprawdopodobnie złe. Od tamtej pory nie widzieliśmy się, choć nie wierzę żeby Dziadek nie chciał zobaczyć swojego wnuka. Tak się przecież cieszył, kiedy przyszedł na świat. No, ale cóż w końcu ja też manipulacji ludźmi uczyłem się od matki. Na to wszystko jednak oczy otworzyły mi się dopiero po tym jak Pan Jezus w swoim wielkim miłosierdziu dotknął mnie swoją miłością i uwolnił od zła. A zachłanność potwora była coraz większa. Już od najmłodszych lat rozbudzona była we mnie pożądliwość ciała. Miałem może cztery latka, kiedy w telewizji zobaczyłem damskie pośladki. Zrobiło to na mnie tak przeolbrzymie wrażenie, że nie mogłem myśleć o czymkolwiek innym przez długi czas. Będąc dzieckiem namawiałem dziewczynki do zabaw w doktora rozbierałem i oglądałem. Bardzo szybko zacząłem patrzeć na koleżanki w szkole w aspekcie seksualnym. I niestety tylko w takim. Moja wyobraźnia była po prostu oszalała na tym punkcie. I to stało się absolutnie najważniejsze w moim życiu. Tkwił we mnie wieczny płomień. Pożądanie, którego w żaden sposób nie potrafiłem ugasić. Mieszkając jeszcze z Rodzicami, a i w dorosłym życiu również, miałem po całym domu pochowane pisma pornograficzne, z których korzystałem w każdej wolnej chwili. Kiedy tylko mogłem oglądałem filmy pornograficzne, czasami, kiedy byłem sam, nawet całymi dniami. Oglądałem filmy, nocami śniło mi się to, w wypożyczalniach wideo nie było tego typu pozycji, których bym nawet kilkakrotnie nie obejrzał. Kupowałem nawet codziennie przynajmniej jedno nowe pismo, szukałem coraz to nowych wrażeń.
Zawsze podobałem się płci przeciwnej, więc szybko znalazłem sobie dziewczynę, którą zacząłem sypiać. Stworzyłem z nią stały związek, który zresztą zakończył się zawarciem małżeństwa w USC. Trwało to około 10 lat. Prowadziłem absolutnie podwójne życie. Z jednej strony jako normalny partner i mąż, z drugiej strony podziemne życie seksualne. Częste zdrady, podrywanie jej koleżanek.
Byłem w środowisku podobnych sobie kolegów. Jako, że wcześnie zacząłem zarabiać i to dość dobrze, odkryłem prostytutki. I tu wsiąkłem absolutnie. Uwielbiałem ten klimat, bywało tak, że jadąc do pracy na popołudnie potrafiłem odwiedzić dwie-trzy agencje towarzyskie. Nocne imprezy z kolegami w agencjach, zamawialiśmy sobie dziewczyny do domu. Ale ja najwięcej. Koledzy już spali po takiej imprezie, a mnie jeszcze nosiło, jeszcze telefon, jeszcze jedna panienka, i jeszcze... Nie mogłem tego ugasić.
Często zastanawiałem się czy są w ogóle ludzie do mnie podobni. I w końcu odkryłem Internet, od którego zresztą uzależniłem się bardzo mocno. Przez Internet zacząłem komunikować się z ludźmi takimi, jakim sam byłem. Umawialiśmy się na różne grupowe spotkania. Nie liczyło się nic oprócz cielesności. Ciągłe poszukiwanie nowego, więcej, więcej... Napisałem tutaj kilka zdań na ten temat, ale moje życie było wypełnione myślami i poszukiwaniem doznań, wprost nieprawdopodobnie. Każda możliwa chwila i moment. Każda podnieta była wykorzystywana, przypominana odtwarzana w pamięci. To naprawdę mroczny i zły świat, świat ludzi opętanych seksem.

Był seks, był też i alkohol, po który sięgnąłem bardzo szybko. No i nadużywałem, kiedy mogłem. Zacząłem jeszcze w szkole, a potem już zawsze był ze mną. Upijałem się nawet w domu pod okiem Rodziców. Przynosiłem do domu plecak pełen piwa, które chowałem w szafie, na wierzch wyciągałem dwa, jedno dawałem Ojcu drugie było dla mnie. Zamykałem się w pokoju, oglądałem filmy, a swoją jedna butelkę, co chwila wymieniałem na pełną. Uwielbiałem być pijany. Pijaństwo gasiło mój strach, stawałem się odważny, no i wzmagały się moje chęci seksualne. Piłem, kiedy tylko mogłem.
Były też i narkotyki. Poznałem w pracy człowieka, który nigdy nie krył się z tym, ze jest narkomanem, on poczęstował mnie marihuaną. No i zaczęło się. Narkotyki tak nieprawdopodobnie potęgowały moje doznania seksualne, czyniły mnie bardziej sprawnym w tej materii, szybciutko przestałem sobie wyobrażać życie bez nich.

Tu muszę nadmienić, że to wszystko działo się, kiedy byłem w związku, mieszkałem z dziewczyną. Do dziś nie wiem czy ona tego, co się ze mną działo nie widziała, czy nie chciała widzieć. Nie byłem dla niej dobry, nie potrafiłem kochać, chociaż tak mi się wydawało. Jej imponowało chyba to, że jestem przystojny, koleżanki jej zazdrościły, dobrze zarabiałem, I to jej wystarczało. Sama też pochodziła z patologicznej rodziny, choć nie mogę powiedzieć na nią nic złego. Przyjaźniliśmy się spędzaliśmy razem dużo czasu. Ona chciała zwykłego związku, rodziny, dzieci. Wciąż wierzyła, że i ja zacznę tak myśleć. W końcu pobraliśmy się. Był to związek oczywiście nie sakramentalny, choć ona była osobą ochrzczona, wychowaną w religii. Przynajmniej do pewnego stopnia. Bardzo dobrze wtedy zarabiałem, przepuszczałem mnóstwo pieniędzy, zaciągałem kredyty w banku, dostałem wysoki debet. Myślałem,że zawsze już tak będzie.

Kilka miesięcy po ślubie (cywilnym) poznałem moja obecną partnerkę. Kiedy ją po raz pierwszy ujrzałem, po prostu mnie zamurowało. Poznaliśmy się w pracy. Była w miejscu, gdzie absolutnie nie powinna się była znaleźć. Zamożna, ze świetnym samochodem, przyszła do pracy i wykonywała pracę za pieniądze, które w jeden wieczór mogła przepuścić w lokalu albo kupić sobie buty. Dziś wiem, że Pan Bóg tak po prostu chciał. Poznaliśmy się, okazało się, że jest wprost wymarzoną partnerką dla mnie. Z ogromną wyobraźnią i również nieokiełznanym apetytem erotycznym. No i spotkaliśmy się w widomym celu. I tu zaczyna się historia mojego wielkiego upadku.
Na tym pierwszym spotkaniu położyła mi głowę na ramieniu, a ja po raz pierwszy poczułem ukłucie serca. Sam, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, nigdy wcześniej tak nie było. Zakochałem się. Oczywiście było to uczucie przez pryzmat jej seksualności, ale nagle po raz pierwszy w życiu zaczęło mi na kimś zależeć. Okazało się, że z nią jest tak samo. Obydwoje chcieliśmy od tego uczucia uciec, ona wyjechała na kilka miesięcy zagranicę, myśleliśmy, że nam przejdzie, ale nie.
Moja sytuacja finansowa w tym czasie zaczęła się burzyć, nagle moje dochody spadły. W pewnym momencie podjąłem decyzję o odejściu od żony. Zrobiłem to, chociaż nie było mi lekko. Stało się to w okrutny sposób. Ale dzisiaj myślę, że Pan Jezus uwolnił ją w ten sposób od potwora.
Postanowiłem stworzyć nowy związek, niedługo potem był rozwód. Zamieszkałem z moją nową miłością i jej 10 letnią córką. No, dziecko oczywiście bardzo mi nie pasowało w tym układzie, ale cóż miałem zrobić. Myślałem, że jakoś się ułoży, przyzwyczaję się, wierzyłem, że może uda mi się ją chociaż polubić. Ale niestety było inaczej. Im dalej w las, tym bardziej mi przeszkadzała. Narastała we mnie nienawiść. Nienawiść do niewinnego dziecka, nieszczęśliwego, które starało się odnaleźć we mnie ojca. Nie mogłem znieść jej obecności, denerwowało mnie w niej wszystko, jakaś akceptacja rodziła się tylko wtedy, kiedy byłem pijany. A byłem coraz częściej.
Miejsce, w którym zamieszkaliśmy coraz bardziej zamieniało się w melinę. Straciłem pracę. Zaczęły się awantury. Żeby przeżyć zaczęliśmy sprzedawać rzeczy, które posiadaliśmy. Moja frustracja i strach narastały. Coraz częściej myślałem o samobójstwie. Wpadałem w ataki szału, biłem moja partnerkę, demolowałem mieszkanie, niszczyłem, awanturowałem się i wrzeszczałem pijany całymi nocami. Ataki szału i nienawiści zdarzały się też zupełnie na trzeźwo, skierowane na moja partnerkę. Kiedy się to kończyło, cały się trząsłem, nie pamiętałem z tego zbyt wiele. Nie wiem jak ona to wytrzymywała. To było prawdziwe piekło. Były takie okresy, kiedy było spokojnie, ale potem znowu się zaczynało.
Nie byłem w stanie iść do pracy. Nie byłem też w stanie pójść do pracy mojej partnerki, ponieważ opanowała mnie nieprawdopodobna wprost zazdrość. Zazdrosny byłem absolutnie o wszystko. O każdą sytuację. Potrafiłem zrobić awanturę i uderzyć ją za to, że ktoś na nią spojrzał. Moja zaborczość sięgnęła zenitu. Brak pieniędzy coraz bardziej nam doskwierał. Mój stan psychiczny był coraz gorszy. Huśtawka nastrojów, ciągły, absolutnie ciągły strach. Nie byłem w stanie myśleć o większości rzeczy zupełnie w życiu normalnych.

Trafiłem do psychiatry, psychologa. Zacząłem brać leki psychotropowe, chodziłem na terapię grupową z psychologiem. Ale nic się nie zmieniło. Uciec od koszmaru strachu potrafiłem już tylko przez alkohol. Bałem się trzeźwości. W pewnym momencie okazało się, że będę miał dziecko. Postanowiliśmy się pobrać. Wzięliśmy ślub cywilny. Absolutnie nie potrafiłem się zaopiekować moją nową żoną. Ciągle czegoś od niej chciałem, złościło mnie, że jej ciąża tak wszystko zmienia i utrudnia. Ponieważ nie pracowałem, były takie okresy, że w ogóle nie mieliśmy pieniędzy. Ale zawsze wtedy zdarzało się coś takiego, co nam pomagało. Dziś wiem, że to była Boża opieka.

Moja nienawiść do dziewczynki, która z nami mieszkała była ogromna. Kiedyś nie mogłem zasnąć, nachodziły mnie takie nienawistne myśli w stosunku do niej. Wcale nie chciałem tak myśleć, nie potrafiłem jednak przestać. Wstałem wtedy, usiadłem i zacząłem prosić Boga, jeśli tylko istnieje, żeby mi pomógł, żebym tak nie odczuwał, żebym tak wszystkiego nie niszczył.
Zrobiło się to w pewnym momencie bardzo głębokim doznaniem. To była moja pierwsza w życiu modlitwa. Modlitwa nieochrzczonego, niewierzącego, opętanego człowieka. Modlitwa, którą Bóg w swoim miłosierdziu wysłuchał.
Następnego dnia mój stosunek do dziewczynki się zmienił. Przez kilka dni uczucia nienawiści nie było w ogóle. Okazało się, że mogę odczuwać normalnie, a nawet darzyć sympatią. Olbrzymiej łaski wtedy doświadczyłem.

Urodziła się mój syn. Niby się cieszyłem, ale tak naprawdę to zbyt mocno mnie to nie obeszło. Po raz kolejny zastanawiałem się nad sobą, jak to jest, że w tak ważnych dla człowieka momentach życia nie potrafię czuć radosnego uniesienia.
W noc poprzedzającą dzień, w którym rano miałem odebrać ze szpitala moją żonę z nowym członkiem rodziny, piłem bardzo mocno. Nad ranem wstawiłem garnek z wodą na kuchenkę gazową i zasnąłem. Obudził mnie dopiero telefon ze szpitala. Któryś już raz dzwoniła moja żona, niespokojna, dlaczego mnie nie ma. W domu był nieprawdopodobny wprost Bałaga, pełno dymu, cuchnęło spalenizną. Ja na wpół pijany, nieprzytomny, niewyspany, cuchnący jak gorzelnia. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy mojej żony, jej płaczu, kiedy przywiozłem ją do domu. Tego się nie da opisać.
Ale tak naprawdę, od momentu, kiedy mój syn przyszedł na świat wszystko zaczęło się zmieniać. Pomalutku, niezauważalnie.

Nie byłem w stanie udźwignąć odpowiedzialności za rodzinę, nie potrafiłem znaleźć sobie pracy. Wstydziłem się i bałem się nawet wykonać telefon dokądkolwiek w tej sprawie. I wtedy pewnego sobotniego poranka, jakieś dwa miesiące po narodzinach mojego synka, praca sama przyszła do mnie. Zadzwonił człowiek, z którym nigdy w życiu nie rozmawiałem i zapytał czy nie chciałbym trochę u niego popracować. Byłem mocno skacowany i pierwszym moim odruchem była oczywiście chęć odmówienia, ale zobaczyłem wzrok mojej żony i zgodziłem się. Miałem popracować tylko przez weekend, ale za sprawą jakiś dziwnych zbiegów okoliczności została mi zaproponowana stała posada. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że te dziwne zbiegi okoliczności to Boża Opatrzność, a człowiek, u którego zacząłem pracować jest z Panem Bogiem mocno związany. Nie zarabiałem zbyt dużo, ale nie musieliśmy się już martwić o to, co będziemy jeść.

W jakiś sposób moje picie nie wpływało na wykonywaną przeze mnie pracę, jakoś udawało mi się to pogodzić. Jakiś czas jeszcze tkwiłem w bagnie, które coraz mocniej mnie wciągało. Czasem nawet robiłem próby zerwania z piciem, z pornografią. Ale było to bezskuteczne. Wiedziałem, że staję się coraz gorszy, ale nie potrafiłem tego zmienić. Teraz to wszystko jawi mi się jako straszliwy koszmar, nawet ciężko mi o tym pisać. Wydawało mi się wtedy, że pieniądze są w stanie zmienić moje życie.

No i wpadłem na świetny pomysł, że w takim razie wykorzystam fakt, że podobam się kobietom, żeby zdobyć trochę pieniędzy. Zacząłem szukać w internecie, w ogłoszeniach towarzyskich. No i spotkałem się kilkakrotnie ze starszymi zamożnymi kobietami. Założyłem sobie jednak, że nie będę zdradzał mojej żony, więc korzystałem z tego, że zawsze potrafiłem kobietom mówić to, co chciałyby usłyszeć. No i mówiłem. Mówiłem i patrzyłem. Szatański „dar” spojrzenia sprawiał, że kobiety przestawały panować nad sobą. Wcześniej zresztą też często wykorzystywałem ten wzrok, doskonale zdając sobie sprawę, co mogę nim uczynić. Na szczęście krótko to trwało, dostałem trochę pieniędzy opowiadając jakieś niestworzone historie jednej takiej kobiecie. Wycofać się z tego jednak było bardzo trudno. Dostała jakiegoś kręćka na moim punkcie, zdobyła moje prawdziwe dane wertując dokumenty w Urzędzie Miejskim. Byłem zasypywany groźbami, no i nietęgo się wtedy wystraszyłem. Przestałem się w to bawić. A ona na szczęście w końcu się uspokoiła. Myślę że wtedy osiągnąłem już dno moralne.

Nie widziałem nigdzie wyjścia z sytuacji. Ciągłe picie, chroniczny brak pieniędzy, nienawiść, brak miłości, egoizm, strach, chora seksualność, coraz częstsze myśli, żeby skończyć z sobą. Czasami tak mocno się bałem, że aż nie mogłem oddychać i nawet się wyprostować. Ale moja żona trwała przy mnie.
Pewnego dnia ktoś jej powiedział, że musi iść ze mną do egzorcysty. Dostała numer telefonu do księdza profesora Andrzeja Kowalczyka. On na szczęście zgodził się mnie przyjąć. Kiedy żona mówiła mi o tym, co się ze mną dzieje, że jestem opętany przez złe duchy, że muszę uwierzyć w Boga, jakoś łatwo mi przyszło zaakceptować ten fakt. No i zacząłem starać się uwierzyć, choć nijak nie byłem w stanie pojąć tego, co żona mówiła.
Przyszedł dzień, kiedy mieliśmy jechać po raz pierwszy do księdza. W swojej pysze byłem pewien, że będzie on po prostu zachwycony tym, że zwraca się do niego ktoś z takim problemem. Myślałem, że tylko mnie to dotknęło, nawet chyba byłem z siebie dumny. Wielkie zdziwienie i zawód spotkały mnie jednak, kiedy zobaczyłem sporą grupę ludzi, którzy szukali u niego pomocy. Okazało się, że nie jestem jedyny.
Ksiądz pomodlił się nade mną, poczułem lekkie oszołomienie, ale tak naprawdę to w tym momencie nic specjalnego nie poczułem. Normalnie z nim rozmawiałem, dał nam kilka wskazówek, ustalił termin następnego spotkania. I dopiero kiedy wyszliśmy przyszło…
Nagle poczułem wściekłość tak wielką i nieludzką wściekłość, że aż zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Zacząłem wyzywać księdza, wrzeszczeć na żonę, że mnie tu przyprowadziła, cały aż płonąłem ze złości. Żona opowiadała mi potem, że w takich stanach nawet oczy mi się zmieniały, były zupełnie nieludzkie. Po jakimś czasie przeszło mi, a wieczorem urządziłem oczywiście ostra popijawę.
Moje poszukiwania Boga jednak trwały, zacząłem czytać Biblię. Pamiętam, że przeczytałem dziesięć przykazań, stwierdziłem wtedy, że ze wszystkimi sobie poradzę, poza „Nie cudzołóż!”. Już na wstępie nie dawałem sobie tutaj żadnej szansy. Było to dla mnie absolutnie niemożliwe i nie wierzyłem w ogóle, że ktokolwiek jest do tego zdolny. Motywowałem to sobie tym, że jeśli Pan Bóg stworzył mnie z takimi potrzebami, to czemu ich sobie odmawiać. Przecież gdyby chciał, to stworzyłby mnie innego. On jednak uczynił mnie innym. Ale o tym dalej.

Najpierw w moich poszukiwaniach trafiłem do innego kościoła. Tam ochrzciliśmy wcześniej naszego syna, gdyż tylko ten ksiądz nie czynił problemu z naszego nieślubnego związku. Ten kościół to sekta, lecz wtedy nie wiedzieliśmy o tym. Szybciutko wsiąkliśmy w to towarzystwo. Msze sprawował ksiądz który nie ma w ogóle święceń kapłańskich, za to posiada niewierzącą żonę. Do mszy służy dwóch wyświęconych przez niego „braci zakonnych” notabene homoseksualistów. Po każdej „mszy świętej” niedzielnej, bo jest tylko jedna w tygodniu, wierni udają się do pomieszczenia nad kościołem, gdzie w olbrzymich ilościach pity jest alkohol.

Coś mi tu nie pasowało, wydawało mi się wtedy, że ksiądz to raczej powinien stronić od alkoholu, ale oni mówili, że Pan Jezus też pił wino i wszystko jest dla ludzi. No to piłem razem z nimi, zadowolony, że bywam na mszy, że przyjaźnię się z takimi świętobliwymi ludźmi. Równolegle jednak jeździłem do księdza profesora na egzorcyzmy. Dostałem od niego namiary na rekolekcje ewangelizacyjne - kurs Marana Tha, jaki prowadzi pod hasłem: „Czy wierzysz, że Pan Jezus przyszedł uwolnić cię od zła?” Powiedział mi, że tam mogę poczuć Boże dotknięcie. Nie wiedziałem, co miał na myśli, tak naprawdę wiara wydawała mi się czymś, co sobie musze wmówić. Zdecydowałem się jednak na uczestnictwo w kursie.

Kurs zaczyna się w piątek po południu, a kończy w niedzielę około 15-tej. Codziennie wygłaszane są katechezy, poza tym ksiądz odprawia Msze święte. Bardzo trudno było mi tam wytrwać. Pamiętam piątkową Mszę, kiedy klęczałem razem z innymi, czułem się jak idiota i zastanawiałem się, co ja tu robię? Niewiele wyniosłem z katechez, złościłem się wracając do domu. W piątek i w sobotę po kursie porządnie się upiłem. Całą sobotę w czasie kursu coś mnie stamtąd wyganiało. Wielokrotnie szykowałem się do wyjścia, ale jednak zostawałem. Raz nawet już trzymałem kurtkę w ręku i z absolutną pewnością, że to nie dla mnie, chciałem uciec, a wtedy podszedł do mnie młody człowiek i zaczął zagadywać. Widział, że bardzo źle się czuję i podtrzymał mnie na duchu. Wiem, że to był Pan Jezus, który chciał żebym tam został. No i zostałem.
Moja świadomość tego co się dzieje na tym kursie była wtedy praktycznie zerowa. W sobotę po katechezach jest na kursie adoracja Najświętszego Sakramentu dla uczestników. Ja nie miałem w ogóle pojęcia, o co chodzi. Widziałem, że ludzie klękają, modlą się, ale nie wiedziałem do czego i dlaczego. Starałem się też pomodlić, choć miałem poczucie że moje modlitwy idą absolutnie „w pustkę”. W sobotę przed Mszą św. są modlitwy o uzdrowienie. Ciężko mi było je przetrwać, potrafiłem skupić się tylko na tym, że muszę klęczeć i jest mi niewygodnie. Natomiast w niedzielę było już inaczej, zrobiło się jakoś tak luźniej i łatwiej. Choć nie do końca. Jest taki moment w czasie kursu właśnie w niedzielę, kiedy prowadzący zapala świecę, którą uczestnicy przekazują sobie po kolei z rąk do rąk mówiąc głośno: „Jezus jest moim Panem”. Stałem gdzieś bliżej końca sali więc trochę to trwało zanim nadeszła moja kolej. To, co przeżyłem w duchu patrząc na zbliżającą się świecę, jest nie do opisania. Setki rozterek, strach, który wręcz paraliżował.
Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian (12.3) pisze: „Nikt też nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus”. To prawda. A ja nie byłem jeszcze wtedy ochrzczony. Kiedy świeca była tuż, tuż, podjąłem męska decyzję, że po prostu jakby nigdy nic przekażę ją dalej, nie mówiąc ani słowa bo nie jestem w stanie.

Ależ to było mocne. Niesamowite uczucie. Olbrzymiej łaski wtedy doświadczyłem. Po tym doznaniu już czułem się dobrze. Kurs kończy się modlitwą o Ducha Świętego. Najpierw ksiądz modli się o tegoż Ducha, potem można podejść jeszcze do niego, lub do animatorów, którzy modlą się z „nakładaniem dłoni”. Czułem wtedy, że coś się ze mną dzieje, lecz było to dalece inne, od wszystkiego co w życiu doświadczyłem, że w ogóle nie chciało pomieścić mi się w głowie. Byłem zupełnie oszołomiony. Widziałem, że naokoło dzieją się dziwne rzeczy, niektórzy ”mdleli w Duchu Świętym”, inni płakali, śmiali się. Wszyscy bardzo to przeżyli. Ja jednak najbardziej to chyba chciałem wrócić już do domu i podzielić się wszystkim z żoną. W drodze do domu cały czas łzawiły mi oczy, zaczynała docierać do mnie pustka mojego życia.

Tego dnia spotkałem się z moja matką, której powiedziałem, że byłem na takim kursie. Spojrzała wtedy na mnie i z przerażeniem zapytała: "Chyba nie chcesz się ochrzcić?". Zostałem ochrzczony dwa tygodnie po tej pamiętnej niedzieli. A trzy dni po zakończeniu kursu przeprowadziliśmy się, nasze nowe miejsce "przypadkiem" znajdowało się naprzeciwko kościoła rzymsko-katolickiego. Niedługo po mnie moja żona, której nie dawało spokoju, jakim cudem tak mocno odmieniony wróciłem z rekolekcji, sama wzięła w nich udział. No i również zupełnie jej się wszystko odmieniło. Nasze nawrócenie szło jakoś tak równolegle, chociaż zupełnie innymi drogami.

Pomimo ostrzeżeń księdza profesora, któremu powiedziałem, że chcę przyjąć chrzest w innym kościele, a on ostrzegał mnie, że to sekta i będzie ze mną jeszcze gorzej, zrobiłem to. Nie potrafiłem zerwać kontaktu z tymi ludźmi. Oni tak "pięknie" rozwiewali moje wątpliwości. Przyjąłem chrzest i komunię świętą od razu.
Chrzest był ważny, bardzo go przeżyłem, kilka godzin leżałem na podłodze płacząc, modląc się i przepraszając. Zaraz potem jednak porządnie się upiłem " z radości". Nie znałem absolutnie żadnych prawd wiary, ale bardzo chciałem wszystkiego się nauczyć. Pan Bóg wspaniale posłużył się moja żoną do tego, abym zaczął się rozwijać duchowo.

Przede wszystkim zaraz po tym jak skończyła rekolekcje, obydwoje postanowiliśmy zerwać wszystkie kontakty z kościołem, z którym się związaliśmy. Było to bardzo trudne, ponieważ związaliśmy się z tymi ludźmi wieloma sprawami. Ale z Bożą pomocą udało się.
W domu przestał funkcjonować jakikolwiek inny temat, rozmawialiśmy tylko na temat wiary. Mówiła do mnie a przy okazji i do siebie, bardzo wiele mądrych i ważnych rzeczy. Wiem, że to wszystko sprawa Ducha Świętego, ponieważ jak nieraz mówi sama, nie byłaby w stanie nic takiego z siebie wykrzesać. To były takie wielomiesięczne rekolekcje, raz nawet jakiś impuls kazał mi wziąć sobie kilka dni wolnego, rozmawialiśmy od rana do wieczora, potrafiła odpowiadać na moje pytania i to z zupełnie różnych aspektów. Z natury jest osobą dosyć energiczną, lecz w moim przypadku obdarowana została łaską nieprawdopodobnej wprost cierpliwości. W czasie kiedy rozmawialiśmy, anioły cudownie zajmowały się naszym małym dzieckiem, które w ogóle nie przeszkadzało. Było to dla mnie ogromnie trudne, gdyż bardzo chciałem wszystko pojąć, niestety moja "żelazna logika" nie chciała ustąpić. Stoczyłem wiele trudnych walk z samym sobą, wielokrotnie wpadałem we wściekłość. Czasami słuchając tego, co Pan do mnie mówił przez moją żonę, wpadałem w złość do tego stopnia, że aż zaczynałem ryczeć i wrzeszczeć, raz połamałem stół z wściekłości.
To był trudny okres, zło które tkwiło we mnie od lat nie chciało odejść, wpadałem w straszliwe stany. Miałem po wielokroć ochotę wszystko zostawić, przestać się starać, ale zawsze zdawałem sobie sprawę, że nie mam dokąd wrócić. Wiedziałem, że tam skąd staram się wydostać jest tylko ciemność bez żadnej nadziei. Uczepiłem się wiary, stała się dla mnie jedynym kołem ratunkowym.

W tym czasie też zacząłem chodzić do kościoła obok którego przyszło nam mieszkać. Początkowo sporadycznie, od czasu do czasu, jednak w miarę upływu czasu coraz częściej.
Dowiedziałem się, że muszę iść do spowiedzi, bo komunia którą przyjmuję, jest świętokradzka. Nigdy wcześniej nawet do głowy mi nie przyszło, że będę musiał wyznawać grzechy księdzu, żadnemu zresztą poza księdzem egzorcystą, który wciąż modlił się o moje uwolnienie, nie ufałem. Miałem w głowie obraz księży, który od lat gdzieś tam we mnie narastał, że to wszystko pedofile, którzy napastują ministrantów, nic nie robią, tylko wyłudzają od naiwnych pieniądze na tacę, a potem żyją z tego rozpustnie.
Ciężko mi było się przełamać. Nie byłem w stanie nauczyć się formułki spowiedzi, absolutnie nie mogłem zapamiętać, więc żona napisała mi ściągę na kartce. Dwukrotnie próbowałem podejść do konfesjonału, lecz napadało mnie takie uczucie strachu, że wyrzucało mnie z kościoła, ze Mszy, prosto do sklepu monopolowego. Ale trzeciego dnia w końcu się udało.
Cały się trząsłem, głos mi drżał, ale wyspowiadałem się, przyjąłem pierwsza komunię. Bardzo to przeżyłem.

Po tym zacząłem chodzić na Msze święte codziennie. Było mi trudno, miałem stany straszliwej niechęci, które musiałem przełamywać. Czasami na Mszę świętą szedłem wręcz "na czworakach". Nie byłem w stanie absolutnie nic zapamiętać, nic nie słyszałem z żadnego czytania, mocno mnie to irytowało. Czasami na Mszy wpadałem w złość, aż mi nogi drżały. Ale nigdy więcej nie uciekłem. Ogromną trudność od początku sprawiało mi przekazanie znaku pokoju. Trudne to jeśli na wszystkich patrzy się wilkiem.

Ksiądz profesor powiedział mi kiedyś po egzorcyzmach, żebym odmawiał różaniec. Z modlitwą w ogóle było mi ciężko. Wydawało mi się to zupełnie bezsensowne, jak Bóg może chcieć czegoś tak idiotycznego?
Niemniej jednak zacząłem się modlić na różańcu. Odmawiałem go wieczorem co jakiś czas. Nie znosiłem tego wręcz organicznie. Musiałem się rozbierać do bielizny, tak się przy tej modlitwie pociłem. Klęczałem w kuchni na kolanach, przed sobą na parapecie stawiałem wizerunek Jezusa. Wtedy ta modlitwa była dla mnie olbrzymim wysiłkiem fizycznym i duchowym. Często przychodziły tak mocne niechęci, że aby skończyć modlitwę musiałem cały czas czynić znak krzyża, raz przytuliłem do serca wizerunek Pana Jezusa i to dodało mi siły, aby ukończyć modlitwę.
Po takim różańcu byłem wykończony, jakbym przerzucił tonę węgla, ale przychodził spokój.

W międzyczasie, nawet nie zauważając tego, przestałem korzystać z pornografii, pozbyłem się wszystkich pism. Pewnego dnia obudziłem się rano z niesamowitym spokojem. To było uczucie którego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Ależ się cieszyłem. Cały dzień robiłem eksperymenty, myślałem o rzeczach które kiedyś wywoływały we mnie panikę, okazało się że mogę o nich myśleć i o tym i o tym. Ależ to była radość. Wiedziałem wtedy, że coś się zmienia, że Pan Jezus uwolnił mnie od czegoś. Coraz częściej zaczynałem mieć dobry nastrój. Zły duch jakiegoś niepokoju przestawał mieć nade mną kontrolę.

Bardzo chciałem przestać pić alkohol, ale nie byłem w stanie przestać nawet na jeden dzień. Aż pewnego dnia. Wracałem z żoną i synkiem z zakupów po południu, pod domem pokłóciliśmy się, napadła mnie złość. Wyszedłem po chwili wściekły po piwo, przyniosłem do domu pełną siatkę. Wyjątkowo mocno chciałem się napić. Niechęć mojej żony tylko mnie rozdrażniła, otworzyłem butelkę. Zapach chmielu był wtedy wyjątkowo nęcący. Już miałem się napić kiedy przyszła nagle myśl, żeby wszystko wylać. Dłuższą chwilę mocowałem się ze sobą, aż zacząłem otwierać wszystkie butelki. Otwierać i wylewać. Był to wysiłek tak wielki jakbym podnosił stukilowe ciężary, zapach chmielu, który tak uwielbiałem, powodował aż zawroty głowy.
Kiedy wylałem ostatnią butelkę poczułem jakiś podmuch i usłyszałem w uszach straszliwy ryk. Aż mnie wygięło, ale nagle zrobił się spokój. Zacząłem straszliwie płakać, padłem żonie w ramiona, przeszła chęć na alkohol. Następnego dnia kupiłem znowu piwo, wypiłem trochę, zupełnie mi nie smakowało, nie chciałem być odurzony.
Było to rok temu, od tamtej pory nie wziąłem alkoholu do ust. Nałóg odszedł nagle, jakbym nigdy nie pił. To nieprawdopodobne. Pan Jezus wszystko może.

Nagle z żoną zdaliśmy sobie sprawę, że żyjemy w grzechu. Bez związku sakramentalnego. Nie mamy na to szansy na razie ponieważ ona jest po ślubie kościelnym, który zawarła wiele lat wcześniej. Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy z tego jak degradujący jest grzech cudzołóstwa. Nie miałem tej świadomości, ale wiedziałem, że nie dam rady się modlić i świadomie popełniać grzech. Absolutnie nie szło mi to w parze.
Podjęliśmy wtedy decyzję o życiu w czystości, po długiej poważnej rozmowie. Poszedłem tego samego dnia do spowiedzi i przed proboszczem mojej parafii obiecałem Bogu czystość. I przyszła Boża Łaska. Nie było to łatwe, wiele walk musiałem ze sobą stoczyć, nieraz się załamywałem, moje poprzednie życie mocno dawało o sobie znać. Czasami aż płakałem, nieraz budziłem się w nocy pałałem pożądaniem, aż się trząsłem i ledwo byłem w stanie się modlić. Ale z czasem było coraz łatwiej i chociaż jest to dla mnie ciężki krzyż do dźwigania, to warto było podjąć tę decyzję i z Bożą łaską wytrwać.
Wiem, że nie mogliśmy zbagatelizować tego grzechu. Gdyby nie decyzja o życiu w celibacie, nie rozwinęlibyśmy się duchowo dalej, a pewnie i przyszłaby recesja. A Pan Jezus działał i uzdrawiał nasze życie.

W pewnym momencie stwierdziłem, że nie przeklinam i NIE POTRAFIĘ już kłamać. Przestałem. Do tego stopnia, że nawet myśl o jakimś delikatnym zakłamaniu, jest dla mnie ciężka. Bardzo to dziwne i niesamowite, słyszeć jak z własnych ust wychodzą słowa prawdy, słowa które kiedyś były absolutnie przeinaczone. Ale też było to poprzedzone sytuacjami w których świadomie musiałem dokonać wyboru - skłamać czy powiedzieć prawdę? Opłaciło się przełamać.

Niektóre rzeczy Pan Jezus zabiera od nas po prostu, ale najczęściej chce żebyśmy stanęli naprzeciwko siebie i podjęli decyzję, próbę zmiany, absolutnie wbrew samemu sobie, pod prąd. Takie też jest życie chrześcijanina, pod prąd

Byłem namiętnym palaczem nikotyny. Bardzo lubiłem palić papierosy. Od tego też zostałem uwolniony przez Pana Jezusa w ciekawy sposób. Ponieważ moich rodziców absolutnie nigdy nie zajmowało zaplanowanie i doradzenie mi wyboru drogi życiowej, kiedy byłem młodszy, trafiłem do szkoły, po której wyszedłem z zawodem, którego nie znosiłem. Kiedy zorientowałem się, że nie chcę tego robić, chciałem zmienić szkołę, ale rodzice nie pozwolili mi, nie pomogli. I przez większą część mojego dorosłego życia robiłem coś, czego nie znoszę. A od czasu kiedy zacząłem się nawracać, wykonywane przez mnie zajęcie jeszcze bardziej zaczęło mi doskwierać. Cieszyłem się oczywiście, że mam pracę, zarabiam, ale nie potrafiłem włożyć w to serca. W czasie przerwy na śniadanie lubiłem wyjść sobie na zewnątrz budynku, w którym pracuję, patrzyłem sobie na drzewo, które tam rośnie, modliłem się, no i oczywiście nigdy nie omieszkałem sobie zapalić.
Tego dnia wyjątkowo mocno modliłem się prosząc o to, by Pan Jezus uwolnił mnie od zajęcia, które muszę wykonywać. W pewnym momencie naszła mnie myśl, żeby coś z serca ofiarować. Nie wiedziałem co, ale przyszło natchnienie: papierosy. Chwile się wahałem, ale po chwili ofiarowałem swój nałóg . Aż mnie rzuciło na kolana. Łzy pociekły mi z oczu, poczułem, że ofiara została przyjęta. Więcej nie zapaliłem papierosa, nawet mnie nie ciągnęło, jakbym nigdy nie palił.

Bardzo wielu łask dostąpiłem. Nienawiść do córki żony, z którą bardzo długo nie mogłem sobie poradzić, też została mi odjęta. Stało się to po Mszy z modlitwą o uzdrowienie, którą ks. profesor Andrzej Kowalczyk odprawia w ostatni piątek miesiąca. Po Mszy można podejść do niego lub do animatorów wspólnoty Marana Tha z prośbą o modlitwę z nałożeniem rąk. Takie modlitwy mają dużą Moc.

W dniu, w którym miała odbyć się Msza, bardzo się rozchorowałem, działo się absolutnie wszystko przeciw, żebym się tam znalazł. Ale dotarłem i chociaż bardzo źle się czułem, i ogromnym trudem było dla mnie podejście do księdza, ksiądz pomodlił się za mnie. Dwa dni później zły duch nienawiści, który tak długo mnie gnębił, odszedł. Odbyło się to oczywiście z "wielkim hukiem", znowu musiałem dokonać wyboru, zrobić coś wbrew sobie.
Odszedł, a ja od tego dnia powoli zacząłem dostrzegać innych ludzi, postrzegać ich inaczej, zaczęła powoli rodzić się we mnie miłość. Zostało mi dane poznać moc modlitwy.
Kilkakrotnie w domu zdarzyło mi się być nękanym przez złego ducha fizycznie. To bardzo dziwne i okropne przeżycie, żona opowiadała mi później, że wyglądało to jakby ktoś mnie bił. Faktycznie wykręcało mnie i rzucało po podłodze. Ale najgorszy jest stan beznadziei i samotności jaki wtedy przeżywałem. W czasie jednego z takich ataków, kiedy leżałem na podłodze żona, zaczęła się modlić nade mną, zdaje się że psalmami. I tu zaszło coś bardzo dziwnego, byłem jakby zespolony ze złym duchem, nie umiem tego wyjaśnić, poczułem jak modlitwa na niego działa. Działała na niego, ale ja to czułem.
Moc modlitwy w jej delikatności, niesamowita potęga, delikatność, której on absolutnie nie był w stanie znieść. Brak słów aby to opisać, było to wielkie przeżycie, które bardzo dużo wnosiło w moje życie. Poczucie jak to działa. Zły duch uciekł wtedy, natomiast na mnie spłynęła olbrzymia łaska i przez szereg dni potrafiłem modlić się tak głęboko, że aż jakbym sam zamieniał się w modlitwę.
To niesamowicie piękne uczucie, teraz czasami też tak się dzieje. Po tym przeżyciu zacząłem modlitwę traktować naprawdę poważnie.

W kościele św. Jakuba w Oliwie, raz w tygodniu odbywa się Msza św. wspólnoty Marana Tha. Kończy się zazwyczaj modlitwą uwielbienia, zaproszeniem Ducha Świętego. To bardzo umacnia ludzi ze wspólnoty. Kiedy pojechałem na tę Mszę po raz pierwszy przeżyłem coś niesamowitego. Zaraz po Komunii świętej kiedy modliłem się klęcząc poczułem obecność Jezusa, który położył mi dłoń na ramieniu. Wcześniej źle się czułem, miałem jakieś rozterki. Otworzyłem oczy rozglądając się bo to przecież niemożliwe. Ale kiedy znowu je zamknąłem On był. Powiedział do mnie Nie martw się, Ja zawsze z tobą będę, to ty bądź zawsze ze mną. I odszedł. Widziałem jak odchodził. Muszę jeszcze dodać, że wcześniej w chwili moich rozterek, modliłem się prosząc Panie bądź ze mną.
Wiem, że ciężko w to uwierzyć, niemniej jednak bardzo pomogło niejednokrotnie to, co przeżyłem. Jego obecność i niesamowitą potęgę odczułem jeszcze kilkakrotnie. Miłość i spokój, coś czego nie można opisać. I potęgę, potęgę!!!
Zostałem tylko delikatnie muśnięty, myślę że żaden człowiek nie byłby w stanie wytrzymać tego mocniej, nie wiem, nie umiem opisać ani wytłumaczyć.

Dało mi to takie zrozumienie, my ludzie tak bardzo się miotamy, szarpiemy na wszystkie strony, a w nim jest taki spokój. SPOKÓJ!

W czasie modlitwy do Matki Bożej, też zdarzyło mi się kilkakrotnie poczuć, że jest i mnie słucha. Dane mi zostało poznać ogrom Jej miłości, matczynej miłości. Łzy, radość, wielkie uniesienie, Jej wielka dobroć. Bardzo długo zresztą nie potrafiłem się do Maryi zbliżyć, ale w końcu przyszła - i to jak!
To wszystko dzieje się naprawdę, bardzo zawsze chciałem poznać swojego Anioła Stróża, modliłem się do niego i również poczułem mocno jego obecność i opiekę.
Często, kiedy modlę się za pośrednictwem różnych świętych, jakby łapię z nimi jakoś kontakt. Nie ze wszystkimi i nie zawsze oczywiście, lecz jednak dzieje się to rzeczywiście. Opisałem to w kilku słowach, bo tak naprawdę choćbym kilka tomów zapisał o tych duchowych przeżyciach, to i tak nie jestem w stanie przekazać swoich odczuć.

Ostatni ustanowiony przez Jana Pawła II Rok Liturgiczny to "Rok Eucharystii". Moje nawrócenie i przemiana działy się właśnie w tym czasie. Nasze życie zmieniło się zupełnie. Zupełna zmiana wartości i priorytetów, miłość, która zagościła w naszych sercach, miłość która zwykłe prozaiczne czynności zamieniła w wielkie i radosne przeżycia, które umacniają naszą wspólnotę rodzinną. Miłość, bez której nie ma człowieczeństwa, nie ma prawdziwej radości, bez której nic nie jest ważne. Ale to wszystko tylko dzięki Jezusowi Chrystusowi, NASZEMU PANU! Centralną częścią każdego dnia stała się Msza św. i Eucharystia. Powoli uczę się czerpać z tej wielkiej tajemnicy, w której Bóg ofiaruje nam sam siebie. W ciągu wielu miesięcy zdarzyło mi się raz opuścić Mszę św., ponieważ została odwołana w kościele św. Jakuba w Oliwie, a ja nic nie wiedziałem i pojechałem na nią. Wielki żal mnie ogarnął, popędziłem wtedy szybko do katedry oliwskiej, która jest obok. Było tam akurat wystawienie Najświętszego sakramentu i koronka do Bożego Miłosierdzia. W czasie tej koronki poczułem, jak wielkie szczęście mam, że codziennie mogę przyjmować Pana Jezusa w Komunii św. Jakże dobry jest Bóg, który tak nam się ofiaruje. Szkoda, że ludzie nie chcą przyjąć tego dobrodziejstwa.
Niedawno skończyłem 30 lat. Tak się złożyło, że akurat trwał kurs Marana Tha i mogłem wejście w te moje urodziny połączyć z nocna adoracją Najświętszego sakramentu. Wiem, że zaczyna się zupełnie nowy rozdział mojego życia. Cieszę się, że jestem jeszcze młody i mam czas, żeby zrobić dużo dobrego w życiu. Olbrzymi dług mam do spłacenia, za wielką cenę zostałem odkupiony. Chcę być narzędziem Pana i pracować w Jego winnicy. Kiedyś, kiedy żyłem w ciemności, zawsze miałem takie uczucie bezsensu, że tak naprawdę, cokolwiek bym zrobił, nie ma sensu. Teraz to znikło, Jezus jest sensem mojego życia. Miłość jest sensem mojego życia. Z olbrzymią nadzieją patrzę w przyszłość. Chcę nieść innym to światło, które dostałem, dzielić się Jezusem.
Wiem, że jeszcze bardzo dużo muszę w sobie zmienić, ale Bóg chce nas obdarzać swoja łaską, chce nas zmieniać. A ja bardzo chcę być człowiekiem pełnym Jezusa Chrystusa, chcę dawać siebie innym.
Dziękuję Ci Panie Jezu MÓJ PANIE

Jakub

Powrót do świadectw...>>
Katolicka Wspólnota Modlitewna-Ewangelizacyjna - MARANA THA została odwiedzona 231086 razy od 25-06-2016 roku.