MARANA THA - katolicka wspólnota

czytelnia

Człowiek współczesny bardziej wierzy świadkom, aniżeli nauczycielom[69], bardziej doświadczeniu, aniżeli doktrynie, bardziej życiu i faktom, aniżeli teoriom. Świadectwo życia chrześcijańskiego jest pierwszą i niezastąpioną formą misji. Chrystus, którego misję przedłużamy w czasie, jest „Świadkiem” w pełnym tego słowa znaczeniu (por. Ap 1, 5; 3, 14) i wzorem chrześcijańskiego świadectwa. Duch Święty towarzyszy drodze Kościoła i włącza go w świadectwo, które On sam daje Chrystusowi (por. J 15, 26-27).

OSACZONA  PRZEZ  WRÓŻKĘ

W dniach żałoby, po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II, zrozumiałam, że muszę zerwać ze złem.

Moje świadectwo kieruję do wszystkich, którzy mieli, mają lub mogliby mieć kiedykolwiek kontakt z okultyzmem, nawet w najbłahszych jego formach. Piszę, aby ostrzec, że wszelkie formy okultyzmu mają nie tylko zły, destrukcyjny, ale wręcz wyniszczający wpływ na człowieka. Tarot, runy, pogańskie karty tzw. anielskie, senniki, horoskopy, numerologia, aury, jak nawet yoga, feng-shui, tai-chi, bioenergoterapia, homeoterapia, wahadełka, amulety, pierścienie, biżuteria ezoteryczna i wszystko co się z tym wiąże, prowadzi do zła. Pamiętajcie, że tarot to narzędzie szatana, narzędzie zniewolenia, manipulacji, ubezwłasnowolnienia i destrukcji. Kobieta, która nazywa się wróżką, przy pomocy szatańskiego tarota szuka sobie ofiary, jaką mu zamierza złożyć. Ofiary, która sama z dnia na dzień potrafi nagle myśleć o zakończeniu swojego życia. Trzeba się od tego odcinać, trzeba się wyrzekać szatana mocą naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Wszystko zaczęło się kilka lat temu od depresji. Nie potrafiłam sobie poradzić ze stanem przygnębienia. Miałam kłopoty na studiach i problemy w życiu prywatnym. Wydawało mi się wtedy, że zupełnie nie mogłam dać sobie rady i że wpadłam w jakiś labirynt bez wyjścia. Wtedy też znalazłam artykuł w jednej z niemądrych, astrologicznych gazet, czy też nawet w zwykłej gazecie z programem, jak to pewien medalion miał rzekomo „pomagać w spełnianiu marzeń”. W ten sposób zaczęłam interesować się magią. Przypomniało mi się, że moja znajoma bardzo pasjonuje się okultyzmem. Ona poradziła mi kupno pierścienia mającego niby moc ochronną i telepatii. Dała mi telefon do wróżki „pomagającej” w trudnych sytuacjach. Poinformowała mnie także o targach, które bardzo często odbywają się w Trójmieście. Proszę mi uwierzyć, że odwiedzenie takich targów ma zgubne skutki. Właśnie tam był początek wszystkiego, co za chwilę opiszę i co zapoczątkuje moje świadectwo. Tam właśnie nabyłam pierścień atlantów, o którym wspominałam wcześniej. W ludziach, którzy widzieli go na moim palcu, budziło się zainteresowanie i chęć posiadania tego złego przedmiotu. Jest to tak popularne, że jeśli dokładnie się przyjrzeć rękom ludzi, znajdziemy wiele osób, które noszą go na sobie, być może nieświadomie, że to zło.

Powracając do mojej historii, którą po napisaniu tego świadectwa potraktuję, jako zupełnie zamkniętą dla mnie przeszłość, skorzystałam z numeru telefonu jaki dała mi znajoma. Zadzwoniłam i usłyszałam pozornie miły głos. Wtedy też dostałam pierwszy znak od Boga Ojca i Matki Bożej, która czuwała nade mną, dając mi szansę odwrotu. Otóż kobieta, do której się dodzwoniłam nie mogła mnie przyjąć i podyktowała mi kontakt do kogoś innego. Bóg Ojciec dał mi wtedy drugą szansę, ponieważ i ta osoba miała napięty terminarz zajęć i nie mogła się spotkać. Ja jednak tkwiąc w stanie bezradności, poprosiłam o najbliższy wolny termin i powiedziałam, że poczekam. Dodam, że w tym czasie chodziłam do kościoła, regularnie uczestniczyłam we Mszy Świętej, modliłam się. Z drugiej strony, w zupełnej nieświadomości, w co się pakowałam, zaczęłam szukać rozwiązania u osób zajmujących się okultyzmem, tak jak by one właśnie miały lekarstwo na moje smutki. Tak jak by zabrakło mi nagle rozumu i tak jak bym zupełnie nie zdawała sobie sprawy z całej tej zasadzki. Miałam w tym czasie chłonny umysł na wszystko co mi powiedziano i uwrażliwioną, bardzo młodą, dwudziestoletnią duszę. Niezmiernie łatwo wtedy człowiek ulega wszelkiej manipulacji i zgubnie jest w stanie zaufać ludziom, którzy rzekomo ofiarują swoją pomoc, udając przy tym przyjaciół.

Osoba ta jak każda tzw. wróżka, posługiwała się wieloma narzędziami, żeby próbować dotrzeć do zakamarków mojej duszy. Koncentrowała się, wymawiała w myśli jakieś dziwne słowa, stawiała karty tarota, czytała z dłoni, ze snów i nie tylko. Docierała do domu, rozkładała na części pierwsze psychikę człowieka i docierała do tego, co w sercu najważniejsze - do wiary w Najświętszego Boga Ojca. Wiedziała, że byłam przygotowanym materiałem, żeby móc mnie sprowadzić na złą drogę: taka słaba, zachwiana emocjonalnie i szukająca pocieszenia. Przecież właśnie wtedy jest dobra gleba na zasianie złego ziarna w młodym człowieku, który czuje się bezbronny i szuka odpowiedzi na wiele pytań. W moim przypadku było jednak ogromne utrudnienie dla takiej osoby. Od początku wiedziała, że jestem wierząca, że chodzę do kościoła i wierzę w Boga. Skorzystała więc z manipulacji mojego umysłu Psalmami, słowami z Pisma Świętego. Pamiętam, że na początku upewniła się, czy nie noszę żadnego medalika czy krzyżyka. Wtedy to jej pytanie nie zwróciło mojej uwagi. Wszystko, co robiła, nazywała tzw. białą magią. Zrodziło to we mnie przeświadczenie, że wobec tego, to nie może być sprzeczne z wiarą w Boga. Jakże zgubne myślenie! To było bardzo złe, i to właśnie było podszywaniem się szatana pod Świętość Boga, w co się złapałam zupełnie nieświadomie.

Podawała mi gotowe formułki, które rzekomo miały mi być pomocne, i które miałam wypowiadać regularnie; medytacje, zachęcała do jogi i wizualizowania wydarzeń. Doszło do tego, że sama sobie kupowałam jakieś beznadziejne gazety, książki, przedmioty mające pełnić rolę amuletów, przepowiednie, horoskopy indywidualne, wierzyłam w numerologię. Wróżka utrzymywała ze mną stały, regularny kontakt. Kontrolowała mnie, czy przypadkiem nie zawróciłam z drogi, którą dla mnie przygotowała. Udawała przyjaciółkę, która zawsze wysłucha i doradzi. Błąd! Zachęciła mnie do odprawienia rytuałów, spotkań z ludźmi zajmującymi się okultyzmem. Wciągnęła do grup, w których odbywały się rytuały magiczne, które przypominam, rządziły się manipulacją i miały na celu zapewnienie tym ludziom błędnie pojmowanej ochrony, pomocy, przezwyciężanie strachu. Dostawałam od tej wróżki wskazówki na temat życia zawodowego i prywatnego. Doradziła mi zupełny odwrót od moich planów zawodowych i podejmowała usilne próby ingerencji w życie prywatne. Odciągała ode mnie dobrych ludzi, a przyciągała ludzi zagubionych, poszukujących odpowiedzi na życiowe pytania. Tych, którzy odeszli od Kościoła, od wiary w Boga. Łańcuszek wydawał się nie mieć końca.

Doszło do widzeń w snach, telepatii, poszukiwania znaków. Wtedy byłam przekonana, że to były znaki od Boga. Na pewno były też, czułam Boga w moim życiu, ale były też te znaki, które od Boga nie pochodziły. Znaki, których z czasem już nie umiałam rozpoznać, bo zagłuszał moje myśli zły. Przyśnił mi się z czasem wąż, a później czułam jak by za mną wszędzie chodził. Przyśnił mi się też szatan. Bałam się cmentarzy. Moja sytuacja zawodowa odciągała mnie od Kościoła, gdyż w niedzielę przychodziłam tak wyczerpana do domu po siedmiu dniach spełniania obowiązków zawodowych, że już nie miałam siły pójść do kościoła. Wszystkie Święta zaczęłam postrzegać i traktować jako dni wolne od pracy, możliwość wyjazdu, a nie jako spotkanie z Bogiem i pełne uczestnictwo w radości Narodzenia Pana Jezusa, bólu ukrzyżowania Pana Jezusa i radości Jego zmartwychwstania - Wybacz mi Panie Jezu, bo nie byłam świadoma, co czyniłam!

Wróżka odciągała mnie od Kościoła. Były jednak dni, że szłam na Mszę Świętą, szłam do Spowiedzi Świętej, ale zły duch utrudniał mi tę Spowiedź, ponieważ nieświadomie zatajałam grzechy, które mnie tak nękały. Przypominam sobie, że na samym początku wyspowiadałam się z tarota i Ksiądz powiedział, że to jest złe narzędzie. Ja jednak, tak jak bym wpuściła to ostrzeżenie jednym uchem, a drugim wypuściła, byłam wobec tego bezsilna. Nikt nie miał siły, żeby mnie powstrzymać przed wróżbiarstwem i magią. Przyjaciele wielokrotnie powtarzali, żebym się oddaliła od tego zła, a ja jeszcze ich zachęcałam. Bywały chwile, że szłam do kościoła i znajdowałam tam ukojenie. Jeśli nie poszłam w niedzielę, szłam w ciągu tygodnia. Modliłam się o wstawiennictwo do Maryi i wpatrywałam w obraz Chrystusa Zmartwychwstałego płacząc i błagając o pomoc. Czułam, że jak wyjdę z kościoła znów będzie mi ze wszystkim ciężko. Czasem zdarzało się, że przychodziłam do kościoła i zastawałam zamknięte drzwi. Nachodziło mnie wtedy poczucie kompletnej bezradności. W takiej bezradności właśnie trafiałam znów po poradę do wróżki i tamtych ludzi. Doszło do tego, że sama nie byłam w stanie podjąć żadnej decyzji w jakiejkolwiek sprawie, bo zaraz nachodziły mnie wątpliwości. Nie ufałam niczemu ani nikomu. Nie potrafiłam sama postawić kroku. Wróżka doprowadziła do tego, że bez jej rad i wskazówek nie potrafiłam już żyć. Wpadałam w dołki, depresje, czasem nie widziałam sensu wyjścia z domu i czułam zniechęcenie do wszystkiego. Co więcej, wcześniej priorytetowe dla mnie sprawy odeszły na boczny tor, jeśli nawet nie na sam koniec, bo ja zupełnie upadałam. Zadawałam sobie pytania, co stało się z moją ambicją i gdzie ta dziewczyna, która potrafiła spędzić nad czymś nawet dwa razy więcej czasu, żeby wszystko wykonać dokładnie i żeby przygotować się jak najlepiej.

Przełomowym momentem w moim życiu, kiedy sobie uświadomiłam, w jakim złym otoczeniu byłam, i z jakimi złymi rzeczami miałam kontakt, była śmierć wspaniałego człowieka, Jana Pawła II. Poprzez wstawiennictwo naszego Papieża, przy tak silnym działaniu Ducha Świętego, tak jak wielu ludzi w tamtym czasie, zaczęłam pojmować wiele spraw, nawracać się, na nowo ufać Bogu. W tym też momencie poczułam, że w moim życiu działo się zło. Modliłam się przez łzy, słuchałam komunikatów z ogromnym żalem. Wzięłam udział w białym marszu przypinając sobie wstążeczkę na znak Miłości do Jezusa. Postanowiłam sobie wtedy poprawę, odejście od zła, powrót do moich wcześniejszych wartości.

Niestety nie było to łatwe. Wszystko zaszło już tak daleko, że nie pomagały modlitwy, obecność na Mszy Świętej, Spowiedź Święta, w której nie mogłam wyjawić swoich grzechów, które chciałam wypowiedzieć. Dochodziło do tego, że zakłócana była moja modlitwa, że pójście do kościoła na Mszę Świętą polegało na wpatrywaniu się w obraz Jezusa Zmartwychwstałego i błaganiu o pomoc. Któregoś dnia znalazłam w Kościele modlitwę wstawienniczą do Świętego Judy Tadeusza. Gorąco się modliłam, żeby mi pomógł.

Brakowało mi wytrwałości, byłam słaba. Rozrywana między dobrem a złem. Nie radziłam sobie w życiu prywatnym. Bliskie mi osoby nie rozumiały, co się ze mną działo. Nie potrafiłam sama wyjaśnić moich napadów złości. Bałam się spać sama przy zgaszonym świetle. Wtedy, kiedy zmuszona byłam zostać sama w domu na kilka dni tak bardzo się męczyłam i bałam, że nie spałam do rana lub spałam przy zapalonym świetle, odczuwając przy tym czyjąś obecność. Czułam, że ktoś się koło mnie kładł i podszywał pod osobę mi bliską, słyszałam nawet w myślach słowa, jakie do mnie kierował. Często mówiłam do siebie, pojawiały się wewnętrzne głosy, które nakazywały mi brać kartkę i pisać. Odtąd porady otrzymywałam poprzez pismo automatyczne. Czasem polegało to na zapisywaniu wielu stron, w których jak w przepisie miałam podane, co mam zrobić, co powiedzieć, jak postąpić w danej sprawie.

Stawało się to niezmiernie męczące nie tylko dla mnie, ale i dla najbliższych mi osób, a szczególnie bliskiego mojemu sercu mężczyźnie. Mój chłopak dostawał ode mnie reprymendy za wszystko, byłam zazdrosna, zaborcza, podejrzewałam go o najgorsze rzeczy, wszędzie widziałam zdradę, kłamstwo i nie ufałam mu zapewniając oczywiście, że tak nie było. Gdy nagle przestawał działać telefon, oskarżałam go, że się rozłączał specjalnie. Ubzdurałam sobie, że wracał później niż zwykle do domu, co we mnie rodziło jeszcze większą złość, pojawiały się czasem wybacz mi Jezu!... samobójcze myśli po tamtych kłótniach, tzn. nie widziałam sensu istnienia. W takich momentach wpatrywałam się w krzyż Chrystusa i złe myśli odchodziły. Mój chłopak nie wiedział, co się ze mną działo. Spostrzegł jedynie, że nie byłam osobą, w której się kiedyś zakochał. Czuł, że mu nie wierzyłam, że we wszystkim widziałam podstęp i uważał, że traktowałam go jak wroga, a nie jak mężczyznę, który chce dla mnie jak najlepiej, i który cierpliwie znosił wszystkie te moje stany zachwiania emocjonalnego. Czasem brakowało mu sił, ale Najlitościwszy Pan Bóg trzyma nasz związek w opiece. Tylko dzięki Miłosiernemu Sercu Chrystusa i Maryi przetrwaliśmy oboje takie burze, awantury o nic nieznaczące sprawy. Jak przypomnę sobie, ile miałam w sobie egoizmu, to aż serce boli! Wcześniej potrafiłam podzielić się połową cukierka, a później wymuszałam luksus, drogie ubrania, pieniądze, które rzekomo mi się należały także od moich ciężko pracujących rodziców.

Pewnego dnia postanowiłam pozbyć się raz na zawsze zła, które było w moim życiu. Rozpoczęłam od sprzątania i wyrzucania wszystkich nagromadzonych latami okultystycznych gazet. Po tym jak już zrobiłam generalną czystkę w gazetach została ostatnia, która sama wypadła mi z górnej szafki mojego segmentu. Otworzyłam ją i na pierwszych stronach pojawił się wyraźny tytuł, który przyciągnął natychmiast moją uwagę. „Msze uzdrawiające w Krakowie”. Poczułam wtedy coś niesamowitego. Poszłam do bliskiej mi osoby i wyznałam, że potrzebowałam egzorcyzmu. Już wcześniej pojawiały się te myśli i nawet kilka razy wspominałam między wierszami, ale na tym się kończyło. Po przeczytaniu jednak tamtego artykułu wiedziałam, że ja musiałam w takiej Mszy Świętej uczestniczyć. Nie czekając zaczęłam szukać w internecie, gdzie Msze Święte z Modlitwą o Uzdrowienie się odbywają, ale nie znalazłam odpowiedzi. To zaprowadziło mnie jednak do innych stron poświęconych egzorcyzmom. Zaczęłam czytać. Przełączałam się do kolejnych stron poprzez podawane linki. Nadal jednak była to walka. Po przeczytaniu fragmentu modlitwy z egzorcyzmem obudził się we mnie taki bunt, który był z czasem nie do opanowania, zaczęłam rzucać rzeczami, które miałam w pokoju. W internecie nie znalazłam informacji o Mszach Uzdrawiających, więc postanowiłam w takim układzie skorzystać z pomocy mieszkającego w pobliżu bioenergoterapeuty. Wyszperałam gdzieś stary wycinek z gazety o nim i znalazłam telefon. Okazało się, że mieszka na tej samej ulicy. Doszło prawie do tego, że znów zadzwoniłabym po pomoc do tej samej znajomej, co kiedyś podała mi telefon do wróżki, która chyba nadal nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie czyni zło. Czułam się jednak coraz gorzej. Nie byłam w stanie wypełniać moich zawodowych obowiązków. Mogłam jedynie zaplątać się w pościel i leżeć tak całymi dniami nie odzywając się do nikogo. Jak tylko ktoś z moich bliskich chciał mi pomóc wpadałam we wściekłość. Męczyłam się sama i przy tym wszystkich wokół mnie. Dyktowałam, co kto miał robić i nie znosiłam żadnego sprzeciwu. Pewnego razu wyprowadzona z równowagi kłótnią z bliską mi osobą, dla której cała ta sytuacja ze mną była nie do wytrzymania, dostałam ataku.

To było coś, czego nie sposób opisać. Pewnego rodzaju bunt wewnętrzny, krzyki, przerażający wyraz twarzy, szczękościsk i zimno, które trzęsło całym moim ciałem. Kładłam się na podłodze i wyłam ...tego nie można było nazwać płaczem. Byłam w stanie, w jakim są ludzie umieszczani w szpitalach psychiatrycznych. Miałam dzwonić do tamtego bioenergoterapeuty właśnie wtedy, nawet przyszła do mnie myśl, o której mam dokładnie to zrobić. Modliłam się w tym samym czasie błagając o pomoc. Atak się nasilał. Rzucałam rzeczami, rozbijałam wszystko, co było na mojej drodze. Mój pokój zamieniał się stopniowo w pole bitwy. Rozlewałam wodę ze szklanek. Moje zęby były zaciśnięte, a szczęka trzęsła się jak u zamarzającego człowieka. Czułam się fizycznie wyczerpana, jak chora. Wtedy moja mama, prawie bezsilna wobec mnie, włożyła mi do ręki Różaniec. W pełni świadomości usiadłam przed komputerem i weszłam na stronę o egzorcyzmach. Tam znalazłam adresy Kurii, nie było jednak naszej Kurii. Podałam mamie książkę telefoniczną i poleciłam znaleźć numer telefonu. Sama zadzwoniłam trzymając w jednej ręce Różaniec, a w drugiej telefon. Drżącym głosem poprosiłam o pomoc i Ksiądz, który odebrał telefon podał mi numer telefonu do Księdza Andrzeja Kowalczyka - egzorcysty. Zadzwoniłam natychmiast i Ksiądz zgodził się przyjąć mnie tego samego dnia. W tym momencie, mimo że wyczerpana poczułam ogromną wolę walki o dobro, o miłość i o to wszystko, co zły duch chciał mi odebrać. Pojechałam do Księdza, opowiedziałam o wszystkim i Ksiądz pomodlił się nade mną. Płakałam, upadałam, ale czułam się później o wiele lepiej. Pan Jezus był przy mnie, Duch Święty jest obecny w mojej duszy. Od razu powiesiłam na szyi medalik Matki Boskiej. Pojechałam natychmiast do kościoła na Mszę Świętą i do Spowiedzi. W drodze modliłam się o bezpieczne dotarcie do kościoła. Po powrocie do domu czekał na mnie mój ukochany chłopak. Przeprosiłam go za moje zachowanie. Wybaczył mi.

U Księdza Andrzeja dowiedziałam się o rekolekcjach i kursie Marana-Tha. Bardzo na nie czekałam. Po wizycie u Księdza cały tydzień zajęło mi pozbywanie się wszystkich rzeczy związanych z magią. Wtedy, gdy zaczęłam wyrzucać gazety przeszkodzono mi wzbudzając we mnie bunt. Później miałam wystarczająco dużo sił, żeby przeprowadzić całkowite oczyszczenie swojego pokoju. Pozbyłam się wszelkich kart, książek, kamieni, amuletów, biżuterii, pogańskich figurek przedstawiających pogańskie anioły, wypisywanych przeze mnie kartek, pamiętnika itd. Wykasowałam zło. Nawet mój komputer zupełnie się popsuł, więc wszystko co miałam i tam, zostało zniszczone

Przyszedł dzień Uzdrawiającej Mszy Świętej w kościele Świętego Michała w Sopocie i tydzień później rekolekcje i kurs Marana-Tha, tak z utęsknieniem przeze mnie oczekiwany. Poszłam na rekolekcje chodź w ten dzień czułam się źle, przeżywałam kolejny dołek emocjonalny i brakowało mi sił. Nie chciałam jednak, by cokolwiek mogło przeszkodzić mi w uczestnictwie. Po pierwszym dniu rekolekcji czułam się bardzo dobrze, drugi dzień już obudził we mnie wieczorem zniechęcenie. Wracały do mnie emocjonalny brak zrównoważenia i podejrzliwość. Usnęłam jednak z trudem i poszłam w niedzielę na ostatni dzień kursu. Po rekolekcjach poczułam jak wracają mi siły, chce mi się żyć i poczułam ogromną opiekę Jezusa - Mojego Pana i Maryi. Dostałam od jednej z uczestniczek Cudowny Medalik i obrazek Maryi Niepokalanej, która miażdży głowę węża.

To wspaniały dar Boży. Modlitwa o zesłanie Ducha Świętego, która ma miejsce ostatniego dnia rekolekcji, jest cudownym przeżyciem, którego nie da się porównać z niczym. Czuję tak bliską obecność Pana Boga i opiekę. Najświętszy Bóg Ojciec dał mi szansę. Doświadczył mnie cierpieniem, aby nauczyć mnie Miłości. Szczerej miłości, prawdziwej, takiej, która nie zna, co to nienawiść i zło. Jezus nauczył mnie swojej miłości i przebaczenia. Przebaczyłam też tamtym ludziom, którzy zbłądzili w swoim życiu i którzy chcieli pociągnąć mnie za sobą. Ja jednak zawróciłam ze złej drogi i sławię imię Pana Boga

Ja w imię Chrystusa wyrzekam się szatana, jego działania i wszystkich narzędzi, jakimi się posługiwał wobec mnie i wobec ludzi z mojego otoczenia. Wyrzekam się zła! Ja należę do Chrystusa i Jezus jest moim Panem! Tylko wola Pana Boga liczy się w moim życiu i tylko wolę Pana Boga będę spełniać!

(Jezu Ufam Tobie! Anna, 2006r.)

Powrót do świadectw...>>
Katolicka Wspólnota Modlitewna-Ewangelizacyjna - MARANA THA została odwiedzona 330993 razy od 25-06-2016 roku.