MARANA THA - katolicka wspólnota

czytelnia

Człowiek współczesny bardziej wierzy świadkom, aniżeli nauczycielom[69], bardziej doświadczeniu, aniżeli doktrynie, bardziej życiu i faktom, aniżeli teoriom. Świadectwo życia chrześcijańskiego jest pierwszą i niezastąpioną formą misji. Chrystus, którego misję przedłużamy w czasie, jest „Świadkiem” w pełnym tego słowa znaczeniu (por. Ap 1, 5; 3, 14) i wzorem chrześcijańskiego świadectwa. Duch Święty towarzyszy drodze Kościoła i włącza go w świadectwo, które On sam daje Chrystusowi (por. J 15, 26-27).

ŚWIADECTWO MARKA

To była spowiedź generalna z całego życia. Przystąpiłem do niej podczas trzydniowych rekolekcji latem 1997 roku po 20 latach nałogowego picia. Od tego momentu do dzisiaj nie piję. Pan Bóg przygotował mnie do tej spowiedzi poprzez dwa ważne etapy. Pierwszy: pragnąłem, aby Jezus Chrystus był Panem mojego życia i wyznałem to. Drugi: zrobiłem bardzo szczery i szczegółowy rachunek sumienia, zapragnąłem wówczas zmienić swoje życie na zgodne z Ewangelią. Wcześniej byłem wrakiem człowieka, osiągnąłem dno, z którego Jezus mnie wyciągnął. Nie tylko mnie uzdrowił, ale zatroszczył się o mnie. Wróciłem do Kościoła, żona i dzieci przyjęli mnie, zaproponowano mi pracę. Otrzymałem nowe życie.

Dzisiaj w Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego 2009 roku, po wielu latach od tamtej spowiedzi świętej, po raz kolejny wracam do niej pamięcią. Jestem głęboko przekonany, że w tym właśnie sakramencie, w tamtym momencie, Bóg przebaczył mi i mnie uzdrowił. Ciągle towarzyszy mi uczucie ogromnej wdzięczności Bogu za każdą chwilę nowego życia, wciąż doświadczam nieustannego (jak to nazywam na swój użytek) świętego zadziwienia nad planami Bożymi i Jego wolą. Świadomość, że jestem dzieckiem Bożym, kimś niepowtarzalnym i najgłębiej ukochanym jest we mnie źródłem pokoju i radości.

JAK WPADŁEM W NAŁÓG

Zaczęło się dość niewinnie, w szkole średniej: czasem piwo, tam i ówdzie lampka wina. Przyczyniły się do tego również prywatki zakrapiane alkoholem, na które byłem chętnie zapraszany przez rówieśników, ponieważ grałem w zespole rockowym na perkusji. Często po koncertach zwykle udanych piłem do rana. Nie zauważyłem, kiedy przekroczyłem granicę, poza którą alkohol zaczął być niezbędny. Po roku studiów na Politechnice Gdańskiej, zostałem z niej relegowany. Coraz częściej wracałem do domu pijany. Nie pomagały prośby i groźby rodziców: ojca lekarza, z którym miałem bardzo słaby kontakt emocjonalny, ani matki, z którą miałem dobry kontakt. Wobec mojego nałogu rodzice byli bezradni. Często dochodziło do ostrych spięć między nami, co dodatkowo odsuwało mnie od nich.
Zacząłem pracować i założyłem rodzinę. Zarabiałem dużo pieniędzy, otrzymałem ładne, samodzielne mieszkanie służbowe. Pojawiły się dzieci. Te sukcesy opijałem przez następne lata. Oddawałem żonie pieniądze, ale sporo też zostawiałem sobie na alkohol. Rodzina zaczynała bardzo odczuwać zmianę mojej osobowości. Wszczynałem awantury z nieistniejących powodów. Swoim zachowaniem i wyglądem siałem zgorszenie.
Szef postawił mi ultimatum, albo będę się leczył, albo stracę pracę. Oznajmił, że mnie ceni, ale pijaństwa nie będzie tolerował. Poszedłem więc na sześciotygodniowe leczenie do placówki lecznictwa odwykowego. Zajęcia trwały od 8.00 do 19.00. Słuchałem wykładów psychologów, lekarzy, terapeutów, a także wskazówek i świadectw przedstawicieli Anonimowych Alkoholików. Te zajęcia pomogły mi w intensywnej pracy nad sobą. Były bardzo ważnym etapem na mojej drodze do trzeźwości dowiedziałem się wszystkiego o samej chorobie, bardzo wiele o sobie. Tam też wyznałem (przed samym sobą, na głos), że sam nie dam sobie rady z nałogiem. Na jakiś czas uspokoiłem głód alkoholowy. Utrzymałem pracę, w domu zapanowała dobra atmosfera. Niestety wytrzymałem tylko rok.
Po śmierci Mamy, z którą byłem bardzo związany coś we mnie pękło. Zacząłem nienawidzić świat ten normalny, czyli dobry. Chciałem być zły. Między mną i ojcem spotęgował się chłód, tym bardziej odczuwałem samotność i żałobę po śmierci Mamy. Nurzałem się w pijaństwie bez oglądania się na konsekwencje nie myśląc, że krzywdzę rodzinę - najbliższych mi ludzi. Czarę goryczy dopełniła śmierć Taty. Na świecie zostałem sam. Chciałem, aby wszystkim było mnie żal, ale jednocześnie gardziłem wszystkimi. Najbliżsi, mimo że mieszkaliśmy razem, fizycznie i uczuciowo odseparowali się ode mnie. Piłem z rozpaczy. To już tylko alkohol we mnie „płakał”. Piłem, bo nie umiałem już nie pić. Krótko po śmierci Taty rozsypało się wszystko. Straciłem pracę, rodzina bliższa i dalsza, znajomi odwrócili się ode mnie całkowicie. Zostałem sam ze swoim koszmarem, bez środków do życia. Był czas, że kradłem żywność ze sklepów, żeby przetrwać. Po ludzku nie widziałem wyjścia z mojej sytuacji. Nie wyobrażałem sobie, że można nie pić. Mimo to rozpaczliwie oczekiwałem jakiegokolwiek rozwiązania.

POMOC ŻONY I KOLEGI

W takim właśnie momencie życia wziąłem udział w trzydniowych niezwykłych rekolekcjach ewangelizacyjnych zwanych kursem Filipa. Pan Bóg zaprosił mnie na nie poprzez dwie osoby. Przez ponad dwa lata, w trakcie okazyjnych spotkań, opowiadał mi o nich kolega, który nieco wcześniej przeżył podobny kurs i przyłączył się do Odnowy w Duchu Świętym.
Drugą osobą była moja żona, która w lipcu tego roku (1997) pojechała na rekolekcje do Sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej, gdzie prosiła Matkę Bożą Słuchającą o uratowanie rodziny i pomoc w rozwiązaniu mojego problemu alkoholowego. Pragnę mocno podkreślić, iż żona i wspomniany kolega są moimi duchowymi rodzicami. Poprzez swoje świadectwo i zachętę otworzyli mi drogę powrotną do Boga zrodzili mnie duchowo dla Jezusa. Cały kurs przeżyłem bardzo mocno. Najbardziej jednak poruszył mnie sakrament pojednania. Na przygotowanie się do niego miałem około 3 godziny czasu.

NIEZWYKŁE PRZYGOTOWANIE DO SPOWIEDZI

W drugim dniu rekolekcji, po katechezie „Jezus jest Panem”, otrzymaliśmy kartki z tekstem modlitwy powierzenia się Jezusowi jako swemu Panu i powierzenia Mu całego swojego życia. Z tą modlitwą, z Pismem Świętym, kartkami papieru i długopisem poszedłem do lasu, aby w samotności i ciszy przygotować się do spowiedzi (na kursie mówili, że dobrze by było, gdyby była to spowiedź generalna).
Byłem przerażony, ponieważ nie było nikogo, kogo mógłbym się poradzić jak to zrobić w ogóle moje życie sakramentalne było bardzo zaniedbane (od wielu lat się nie spowiadałem). Siedziałem pod drzewem i paląc papierosa za papierosem (nerwy, przerażenie a czas spowiedzi się zbliżał), zacząłem czytać ową modlitwę powierzenia się Jezusowi. Uderzyło mnie jej piękno i prostota. Czytałem tekst wielokrotnie, próbując zrozumieć jego głębię, ale na to jeszcze nie byłem wówczas gotowy. Natomiast całkowicie identyfikowałem się ze słowami modlitwy, które były prośbą, aby Jezus stał się centrum mojego życia. Zrozumiałem wówczas, że dotychczas w centrum był alkohol, pieniądze na picie, a ja straciłem kontrolę nad moim życiem. Zapragnąłem, by od teraz poprowadził mnie Jezus. Tekst tej modlitwy był piękny. Tak się nim przejąłem, że obawiając się odebrania kartki, na której był spisany, przepisałem go na wnętrzu okładki mojego Pisma Świętego.
Ożywiony pragnieniem powierzenia się Jezusowi zacząłem na kartce spisywać swoje dokonania życiowe: złe po lewej, dobre po prawej stronie. To była rzeczywiście udręka (papieros za papierosem na uspokojenie nerwów), która polegała na tym, że chciałem rozróżnienia dokonać uczciwie, a doświadczałem potężnej pokusy, aby obraz zafałszować pisz po stronie dobrego więcej, nabij statystykę, nie obciążaj się tak bardzo, nie bądź taki surowy, przecież chciałeś dobrze. Ale też i doświadczałem swoistego głosu wewnętrznego człowieku stajesz teraz, tu, wobec czegoś, co cię przerasta nieskończenie, czego nie pojmujesz, bądź raz w życiu całkowicie szczery wobec siebie, nie oszukuj, poznaj prawdę o sobie. Ta kartka, na której pisałem nie była jedyna było ich kilka, bo ciągle coś z tego, co zapisałem po prawej (jako dobre), po kolejnym wezwaniu wewnętrznym do szczerości i prawdy, wykreślałem jako fałsz i wpisywałem po lewej. Ostateczna wersja była taka - po prawej stronie trzy rzeczy, po lewej kartka zapisana z obu stron. Bóg przemawia też przez obrazy obraz ruiny i zgliszcz mojego życia mnie przeraził, wstrząsnął mną.
W zestawieniu z wcześniej przeczytaną modlitwą powierzenia się Jezusowi, mając zobrazowany bezmiar mojej winy, zapragnąłem zmienić swoje życie. Przypomniałem sobie o Biblii, którą miałem ze sobą. Otworzyłem ją w przypadkowym miejscu i oto modlitwa, którą odnalazłem: 

7 Prosze Cie o dwie rzeczy,
nie odmów mi - prosze - nim umre:
8 Klamstwo i falsz oddalaj ode mnie,
nie dawaj mi bogactwa ni nedzy,
żyw mnie chlebem niezbędnym,
9 bym syty nie stał się niewiernym,
nie rzekl: «A któż jest Pan?»
lub z biedy nie począł kraść
i imię mego Boga znieważać.
(Prz 30,7-9).

Tekst ten był dla mnie potężnym odkryciem. Tak chciałem żyć, w nim znalazłem wszystko, co chciałem, aby było nowe i wystarczające, te słowa obrałem sobie jako swoje motto do końca życia.
W ośrodku trwała nienaturalna dla zgromadzeń wielu ludzi (około 120 osób) cisza. Chłonąłem tą atmosferę pięknego, letniego popołudnia całym sobą. Oczekując na spowiedź zastanawiałem się co mówić, jak, od czego zacząć. Obserwowałem innych wszyscy wydawali się pewni siebie, sądziłem, że wiedzieli jak się spowiadać. Ich twarze wydawały się spokojne, mądre na ich tle widziałem swój brud, głupotę i nędzę. W pewnym momencie, krótko przed spowiedzią, odczułem bardzo silną pokusę rzucenia tego wszystkiego, to wszystko właśnie wydało się być fałszem. Jednak dotrwałem.

MOC SAKRAMENTU SPOWIEDZI - 02 SIERPNIA 1997

Podszedłem do księdza, doświadczyłem uklęknięcia na kolana, w pyle (krzesło księdza stało na piasku pod sosną) i zamilkłem. Nie byłem w stanie nic z siebie wydusić, tylko patrzyłem w oczy one mówiły. Ja, „wspaniały”, wprawny kłamca, często uciekający wzrokiem na boki, patrzyłem wprost w oczy księdzu i nie rozumiałem tego. Patrzyłem w mądre oczy, które rozumiały i nie potępiały, widziałem oblicze łagodne, spokojnie wybaczające, a nie skrzywione niecierpliwością i fałszem jak często w moim życiu dotąd bywało. Milczałem. Po dłuższej chwili ksiądz zapytał mnie o imię i już po imieniu poprosił mnie abym wstał z pyłu i usiadł na krześle obok niego. Z katechezy wiedziałem, że w sakramencie spowiedzi to Bóg mówi do człowieka przez księdza. I jak to jest? Ten Bóg mnie nie potępia? Każe mi wstać z kolan, z pyłu i usiąść na krześle? Obok siebie? Prosi mnie, abym spokojnie opowiedział coś o sobie? Delikatnie mnie naprowadza? Bez ciągłego pośpiechu, cierpliwie, bez wyrzekania, krzyku, skrzywionej złością twarzy? To przekraczało moje pojmowanie. Otworzyłem się całkowicie. Spowiedź miała nietypowy przebieg nie mówiłem, co zrobiłem złego. Mówiłem, czego nie zrobiłem tak było łatwiej i krócej wyliczyć. Po udzieleniu rozgrzeszenia kapłan pożegnał mnie słowami: „Marek, teraz nie musisz unikać kościoła. Jeśli wejdziesz, nie musisz kryć się pod chórem, czy chować za filarem. Bóg cię kocha. Widzi cię białym i czyściutkim. Twoje serce to czysty zeszyt. Idź, zapisuj go od początku i tylko czystymi literami. Idź.” Słowa te spisałem natychmiast, na gorąco, tak, aby ich nigdy nie zapomnieć. Dlaczego? To był impuls. Ale chyba i łaska tak pięknie do mnie mówiono, z taką nadzieją. Po spowiedzi czułem się spokojny, pogodzony. Nie było jakiegoś euforycznego poczucia wyzwolenia, spadającego z serca głazu żadnych takich. Cisza, spokój, wytonowanie, zamyślenie; zadziwienie? Tak, chyba w ten sposób. Prawdziwą radość wynikającą z uzdrawiającej mocy przebaczenia, uczucie właśnie lekkości, uwolnienia z czegoś, co krępuje, doświadczyłem w czasie Mszy św. z wylaniem Ducha Świętego. Dopiero tutaj objawiły się owe następne owoce spowiedzi świętej.

OWOCE NAWRÓCENIA

Przeżyłem głębokie nawrócenie. Jezus uzdrowił mnie z nałogu alkoholizmu. Efektem nawrócenia była oczywiście zupełna zmiana trybu życia. Otoczenie widząc tę zmianę było bardzo poruszone. Jezus w swoim miłosierdziu zatroszczył się kolejno o moje najpilniejsze potrzeby. Dostałem pracę, powoli odzyskiwałem zaufanie rodziny, w końcu uzyskałem ich przebaczenie. Wielkim znakiem jest to, że Bóg pobłogosławił naszemu małżeństwu dzieciątkiem! Czy to nie łaska Boża, że po kilkunastu latach udręki z mężem pijakiem żona pozwala mu się do siebie zbliżyć?
Bóg udzielił mi również łaski pojednania się z Rodzicami (po ich śmierci). Przeprosiłem ich za moje wyrodne życie. Dwa lata minęło, zanim pojednałem się z ojcem, gdy zrozumiałem, że on niejednokrotnie chciał też mnie przeprosić, ale nie umiał, bo moje zachowanie było odpychające. Zrozumiałem też ile zawdzięczam świadectwu wiary moich bliskich, jak bardzo zapisał się w mojej pamięci widok Mamy, przyklękającej na słowa podniesienia podczas Mszy transmitowanej przez radio, czy Babci odmawiającej Różaniec. Zdałem sobie sprawę, że w głębi serca zawsze mocno wierzyłem w Boga. Nawet, gdy byłem w nałogu, nigdy nie pozwalałem, aby ktokolwiek opowiadał głupie kawały na temat Maryi, czy Pana Boga. Jest granica, której nikomu nie wolno przekraczać, i ja nie pozwalałem na jej przekraczanie ani sobie, ani innym.
Po kursie, gdy w poniedziałek wróciłem do pracy, koledzy jak zwykle pili na dzień dobry.
I jak zawsze zachęcali mnie do picia. Odmówiłem bez zastanowienia. Uzdrowienie duchowe poskutkowało tym, że przestałem odczuwać przymus picia. Przestałem zauważać wszystko, co dotyczy alkoholu. Czuję się tak, jakbym nigdy w życiu nie pił i nie odczuwam potrzeby picia. Wiem, że to odrzucenie alkoholu to nie moja zasługa, lecz łaska, miłosierdzie okazane mnie i moim bliskim przez Jezusa. Gdy upewniłem się, że jestem naprawdę uwolniony od alkoholu, zapragnąłem skończyć też z nałogiem palenia papierosów paliłem 24 lata. Modliłem się o to uwolnienie wytrwale, przez pół roku, przed obrazem Jezusa Miłosiernego w katedrze oliwskiej. Prosiłem: Nie chcę palić, proszę o łaskę. I zdarzył się cud. Nie palę! Nawet zapach papierosowego dymu mnie drażni.
Po kursie wstąpiłem do wspólnoty modlitewno-ewangelizacyjnej Marana Tha, która organizuje tego typu rekolekcje („Rekolekcje wyzwolenia w Jezusie Chrystusie” przyp. red.) włączyłem się w posługę ewangelizacyjną, widzę jak wiele osób odmienia po nich swoje życie.
Dziękuję Bogu, że ulitował się nad moją rodziną, że jesteśmy razem, i choć jak wszyscy borykamy się z problemami codziennego życia, nieobce są nam nieporozumienia, to jednak wszystkie trudy wspólnie pokonujemy, wybaczamy sobie na modlitwie, nie nosimy urazy i gniewu. Dziękuję Jezusowi za wszystkie łaski, które stały się moim i naszym udziałem.

Chwała Panu!
Marek, lat 52


Gdańsk, 2009r.

Powrót do świadectw...>>
Katolicka Wspólnota Modlitewna-Ewangelizacyjna - MARANA THA została odwiedzona 330990 razy od 25-06-2016 roku.