czytelnia

Człowiek współczesny bardziej wierzy świadkom, aniżeli nauczycielom[69], bardziej doświadczeniu, aniżeli doktrynie, bardziej życiu i faktom, aniżeli teoriom. Świadectwo życia chrześcijańskiego jest pierwszą i niezastąpioną formą misji. Chrystus, którego misję przedłużamy w czasie, jest „Świadkiem” w pełnym tego słowa znaczeniu (por. Ap 1, 5; 3, 14) i wzorem chrześcijańskiego świadectwa. Duch Święty towarzyszy drodze Kościoła i włącza go w świadectwo, które On sam daje Chrystusowi (por. J 15, 26-27).

ŚWIADECTWO IZABELI

(NIEPRZEBACZENIE, OKULTYZM, WYRZECZENIE SIĘ BOGA)

Wszystko zaczęło się w Gdańsku w 2009 roku. W tym czasie żyłam bardzo daleko do Boga, a w dodatku uwikłałam się w okultyzm. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, czym jest magia a dokładnie tarot, bioenergoterapia, horoskopy itd. Tarotem byłam tak bardzo zafascynowana, że sama zaczęłam się uczyć, jak się nim posługiwać i próbowałam wróżyć sobie i znajomym. Nie widziałam w tym nic złego, a wręcz przeciwnie – myślałam, że karty są pomocne człowiekowi. Nigdy nie zastanawiałam się, jak to jest, że te kolorowe kartki papieru z różnymi symbolami znają sytuację życiową pytającego. W tym czasie nie było nikogo, kto by mnie uświadomił, że wróżbiarstwo otwiera człowieka na kontakt z demonem. Jakby tego było mało, moim życiem kierowało nieprzebaczenie i żądza zemsty. Był pewien człowiek, który wyrządził mi ogromną krzywdę i którego nienawidziłam szczerze całym swoim ja. Trauma była tak wielka, że obsesyjnie pragnęłam jego krzywdy, a samo wyobrażenie sobie zemsty sprawiało mi niesamowitą przyjemność. Był czas, kiedy nawet rozważałam posunięcie się do przestępstwa. Dzięki Bogu do tego nie doszło. W tym czasie nie myślałam o Bogu, a jeśli zdarzało się, to zazwyczaj miałam do Niego pretensje – winiłam Go za rzeczy, które miały miejsce w moim życiu. Nie widziałam w Nim dobrego Ojca, a wręcz przeciwnie – Istotę całkowicie nieczułą na krzywdę własnego dziecka. Ten bałagan w moim życiu doprowadził do tego, że się Boga wyrzekłam winiąc Go za podłe czyny ludzi, których postawił na mojej drodze. Przez całe lata byłam osobą niepraktykującą, pamiętliwą i mściwą. Osoby wierzące i praktykujące budziły we mnie niesamowitą złość, a nawet dochodziło do tego, że z nich szydziłam. Sama nie rozumiałam tej wrogości wobec KK, zresztą nigdy się nad nią nie zastanawiałam. Gdyby tylko wtedy wiedziała, co mnie czeka w przyszłości… że będę w sytuacji tak dramatycznej, że będę wręcz zmuszona żebrać o pomoc właśnie osoby wierzące, a dokładnie o modlitwę.

Moje nawrócenie jest cudem samym w sobie. Uważam, że Bóg w swej miłości „złowił mnie” całkowicie nie zważając na bunt i niechęć do Niego „córki marnotrawnej”. Nachylił się nad moją nędzą i przyciągnął do siebie. A wszystko zaczęło się tak…

Pewnego dnia przechodziłam koło kościoła, który mieści się niedaleko dworca kolejowego w Gdańsku, tuż za kinem „Krewetka” (kościół św. Józefa z kaplicą wieczystej adoracji). Spojrzałam się na budynek kościoła i nieoczekiwanie pojawiła się myśl: „wyspowiadaj się. Spowiedź święta!” W przypadku praktykującego katolika taka myśl jest pewnie czymś oczywistym, normalnym, ale nie u kogoś takiego jak ja. Latami się nie spowiadałam, nie chodziłam do kościoła, nie korzystałam z sakramentów świętych, prowadziłam grzeszne życie i wcale nie było mi z tym źle. Uważałam się wtedy za osobę wolną, która żyje według własnych zasad, bez „żadnych tabu” i ograniczeń. Jak się potem okazało w tej całej złudnej wolności byłam osobą bardzo zniewoloną i nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo…

Wracając do myśli, która kazała mi się wyspowiadać, byłam nią szczerze zaskoczona. „Jak To? – ja? I spowiedź? Ale po co?!” Chciałam tę myśl zignorować, ale ona cały czas natarczywie się pojawiała, aż w końcu zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie powinnam się wyspowiadać dla świętego spokoju. Jednak samo wyobrażenie siebie przy konfesjonale napawało mnie dziwnym lekiem, czegoś się bałam, a na dodatek całkowicie zapomniałam, jak należy się spowiadać. Przecież nie robiłam tego całymi latami. Jakiś czas biłam się z myślami, aż w końcu zdecydowałam, że poproszę o pomoc koleżankę, o której wiedziałam, że pochodzi z katolickiej, praktykującej rodziny. Zadzwoniłam do niej i poprosiłam o wskazówki, i jak wielkie było moje zdziwienie, gdy ona zasugerowała mi, żebym wyspowiadała się właśnie w kościele za „Krewetką”. Powiedziała: „wiesz, to będzie odpowiednie miejsce”. Faktycznie, codziennie ksiądz pełni tam dyżur w konfesjonale przez wiele godzin, a zamknięty konfesjonał daje dodatkowo komfortowe poczucie niezakłóconej prywatności. Minęło kilka dni zanim zdecydowałam się na spowiedź. Było to poprzedzone licznymi wątpliwościami, niesamowitym strachem, pokusami, by zrezygnować i rachunkiem sumienia, który uświadomił mi, jak bardzo nisko upadłam pod względem moralnym. Próbowałam się tłumaczyć sama przed sobą, ale daremnie – pojawiał się ogromny żal i chęć wyznania tego wszystkiego kapłanowi. Miałam duży problem – nie byłam w stanie przypomnieć sobie wszystkich moich grzechów popełnionych na w ciągu kilkunastu lat. Postanowiłam jednak, że spróbuję i wyspowiadam się tak, jak potrafię. Ja wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ta pierwsza spowiedź święta od wielu lat będzie początkiem niesamowitej walki duchowej, nowego życia i uruchomi cały ciąg niesamowitych wydarzeń po ludzku niewytłumaczalnych. Pamiętam samą spowiedź i mój wielki strach tuż przed nią. Stałam w kolejce czekając na swoja kolej i im bliżej byłam konfesjonału, tym bardziej się bałam. Przychodziły mi myśli, żeby zrezygnować i wyjść z kościoła. Pamiętam spocone dłonie, serce bijące jak oszalałe i paniczny, niezrozumiały lęk. Pamiętam, że tuż przed wejściem do konfesjonału uświadomiłam sobie, że nic nie pamiętam i nie wiem, co chce powiedzieć – po prostu kompletna pustka w głowie pomimo tego, że przygotowywałam się do tej spowiedzi od pewnego czasu. Gdy weszłam do konfesjonału opanował mnie przeraźliwy płacz. Płakałam w głos i pomimo ogromnego wstydu nie byłam w stanie się uspokoić. Miałam świadomość tego, że wszyscy w kościele mnie słyszą, ale nie potrafiłam przestać płakać. Chwilę to trwało, kapłan m nie uspokajał, a ja bardzo się siliłam, żeby w wyznać grzechy. Jednak coś niezrozumiałego blokowało moją pamięć i moje usta. W końcu udało mi się bardzo ogólnikowo powiedzieć, co chciałam. Pamiętam pytanie kapłana: „Czy żałujesz?” Odpowiedziałam szczerze łamiącym się głosem „tak”. I to była prawda. Po raz pierwszy od lat poczułam niesamowity ciężar własnych uczynków. Dostałam rozgrzeszenie i zawstydzona uciekłam z kościoła unikając spojrzeń innych ludzi. Wiedziałam, że swoim głośnym zachowaniem wzbudziłam ciekawość innych. Pamiętam uczucie ulgi i radość po odbytej spowiedzi. Jednak to był dopiero początek mojej wyboistej drogi ku wolności. Właśnie wtedy zaczęły dziać się bardzo dziwne rzeczy w moim życiu, w moich myślach – oś, czego nie rozumiałam, a co mnie przerażało.

Krótko po spowiedzi postanowiłam, że wezmę udział we Mszy świętej. Okazało się, że podczas Mszy świętej zaczęły mnie męczyć myśli bluźniercze. Pamiętam zgarbioną staruszkę, która przechodziła w kościele tuż obok mnie, a coś kazało mi ją kopnąć (oczywiście tego nie zrobiłam). Podczas modlitwy przychodziły mi bardzo wulgarne i bluźniercze myśli przeciwko Bogu i Maryi. Byłam tym przerażona i nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Postanowiłam przyjąć Komunię świętą i gdy klęczałam, znowu pojawiły się okropne wulgaryzmy tym razem wymierzone w Jezusa. Myślałam, że wariuję. Nie rozumiałam, skąd u mnie takie myśli, czułam się przez nie winna, brudna i tym samym niegodna, by przyjąć Eucharystię. Bluźnierstwa pojawiały się podczas każdej Mszy świętej. Starałam się je ignorować, ale nie dało się. Pamiętam, że w tamtym czasie towarzyszyło mi całe pasmo niepowodzeń. Do tej pory nigdy nie miałam problemu ze znalezieniem pracy, a wtedy owszem. Wysyłałam mnóstwo CV i bez odpowiedzi. A gdy już zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, to tuż przed wyjściem z domu zatrzaskiwałam się w łazience, albo nie mogłam otworzyć drzwi wyjściowych, autobus nie jechał itp. Finał tego był taki, że pozostawałam dłuższy okres czasu bez pracy i środków finansowych. Skrajnie upokorzona byłam zmuszona prosić rodzinę o wsparcie. Dla osoby, która zawsze dobrze zarabiała taka porażka jest trudna do zaakceptowania. Pamiętam, że zaczęły mnie męczyć myśli o samobójstwie. Pewnego dnia, gdy byłam u koleżanki, która mieszka na ósmym piętrze, wyszłam na balkon i zaraz pojawiły się natarczywe myśli, że jak skoczę, to wszystkie moje problemy się skończą. Musze podkreślić, że ja zawsze byłam przeciwnikiem samobójstw, więc zaskoczyło mnie to, że mogę myśleć o czymś takim!!! Pamiętam, jak patrzyłam w dół i zastanawiałam się, czy taki upadek z wysoka bardzo boli. Za chwilę pojawiły się myśli: „ale co na to twoja rodzina? – oni będą bardzo cierpieć. Po czym za chwilę: ”to tylko moment, nie musisz patrzeć w dół, patrz w górę, na dachy, nawet się nie zorientujesz, kiedy nastąpi upadek”. Oszołomiona tymi myślami wróciłam do mieszkania. Nie rozumiałam, skąd te myśli, przecież tak bardzo kochałam swoje życie… Jakby tego było mało, zaczęłam źle sypiać, a dokładnie zawsze budziłam się o tej samej godzinie w środku nocy, to jest o godzinie trzeciej. Noc w noc. Nie rozumiałam, jak to możliwe, że człowiek budzi się zawsze o tej samej godzinie. Potem już do samego rana nie byłam w stanie zasnąć. Towarzyszyły tej bezsenności dziwne leki i poczucie, że jestem przez kogoś (coś) obserwowana (pomimo tego, że byłam w domu sama). Był to najgorszy okres w moim życiu. Strasznie się męczyłam próbując zasnąć. Odczuwałam w nocy dziwny „ból duszy”. Nie potrafię tego opisać słowami, czułam się podle. Byłam wrakiem człowieka pod względem psychicznym (przez leki) i fizycznym (przez nieprzespane noce). Wtedy właśnie zaczęłam podejrzewać, że to, co się ze mną dzieje, może mieć podłoże duchowe. Choć z drugiej strony trudno było mi w to uwierzyć, bo przecież „takie rzeczy mogą się dziać tylko na filmach”. Pamiętam, ze nieprzespanym nocom towarzyszyły myśli bluźniercze i pokusy, abym czyniła innym krzywdę. Dużo się zastanawiałam nad tym i w końcu postanowiłam iść z tym wszystkim do konfesjonału i prosić o rade, co mam robić. Ksiądz nakazał mi skontaktować się z egzorcystą i podał jego adres. Było mi bardzo trudno w to uwierzyć, że rzeczywiście mogą potrzebować takiej pomocy, ale postanowiłam spróbować. Bez przekonania skontaktowałam się telefonicznie z kapłanem egzorcystą.

Pamiętam, że czas w poczekalni, gdy czekałam na swoja kolej, by móc porozmawiać z kapłanem. Temu czekaniu towarzyszył lęk podobny do tego, gdy czekałam na pierwszą od wielu lat spowiedź. Gdy zostałam zaproszona do środka, pamiętam, że egzorcysta przeprowadził ze mną krótką rozmowę, pytał się, dlaczego do niego przyszłam, czy miałam kontakt z okultyzmem itp. Następnie kazał mi wstać i rozpoczął modlitwę. Nie spodziewałam się czegokolwiek nadzwyczajnego. Myślałam, że moja wizyta u egzorcysty nie jest konieczna, przyszłam dlatego, że spowiednik mnie tutaj skierował i nawet trochę z ciekawości. Stało się jednak cos bardzo dziwnego: podczas modlitwy z nałożeniem rąk poczułam ogromny ucisk na mojej głowie, zastanawiałam się, dlaczego kapłan tak mocno mnie uciska, miałam wrażenie, jakby wgniatał mnie w podłogę jakąś twardą deską, po czym m oje ciało wygięło się do tyłu w półmostek i tak zastygło. Nie rozumiałam, jak to możliwe, bo przecież ja nic nie robiłam. Po chwili poczułam, jak cos poruszyło moją głową i coś uszło jej czubkiem, po czym upadłam na podłogę. Byłam tym wszystkim przerażona do tego stopnia, że zaczęłam płakać. Kapłan powiedział, że jestem zniewolona i muszę przyjść za tydzień na powtórzenie modlitwy. W jednej chwili wszystko stało się dla mnie jasne – skąd te bluźnierstwa w kościele, przerażenie przed spowiedzią, natrętne myśli samobójcze, wybudzanie w środku nocy. Taki stan trwał około roku. W tym czasie nie pracowałam. Byłam skrajnie upodlona i umęczona. Tym bardziej, że w moim domu zaczęły dziać się niewytłumaczalne rzeczy: światła same się zapalały i gasły, telewizor sam się wyłączał. ``Pamiętam raz podczas modlitwy w domu (koronka do Bożego Miłosierdzia) za moimi plecami dał się słyszeć jakiś szum. Byłam przerażona i panicznie bałam się odwrócić za siebie. Gdy odwróciłam się, zobaczyłam na korytarzu ruchome, dziwne cienie. Wiedziałam, że jestem sama w domu, więc ic ani nikt nie może poruszać się na korytarzu. Okazało się, że moja ścienna lampa poruszała się w lewo i prawo. Tamtego wieczoru wyszłam z domu i nocowałam u znajomej. Tak bardzo się bałam. Najgorsze były noce – bałam się ciemności, dlatego w całym mieszkaniu świeciły się światła, na łóżku natomiast na wysokości mojej głowy kładłam krucyfiks i różaniec. W nocy panicznie bałam się wyjść z pokoju, np. do łazienki – miałam wrażenie, że ktoś czeka na mnie za drzwiami. Pamiętam, że pewnej nocy wybudził mnie męski nieprzyjemny głos, dwa razy powtórzył moje imię. Człowiek u siebie w domu czuje się bezpiecznie, ale ja byłam atakowana przez coś, czego nawet nie widziałam. Pamiętam budzik, który sam zadzwonił pomimo, że nie był nastawiany, a nawet były w nim wyczerpane baterie.

Modlitwy o uwolnienie były kontynuowane z większymi lub mniejszymi przerwami w ciągu około roku. Po każdym egzorcyzmie towarzyszyło mi cudowne uczucie ulgi i bardzo przyjemnej lekkości. Taki stan jednak trwał krótko – w nocy znowu byłam dręczona. Męczyły mnie napady nieopanowanej wściekłości – praktycznie bez powodu. Pamiętam, jak przed jednym z egzorcyzmów wpadłam w szał i bardzo szybko chodziłam po mieszkaniu. Agresja wręcz mnie rozsadzała, a ja nie wiedziałam, o co chodzi, bo nie wydarzyło się nic złego, co mogłoby mnie zdenerwować. Krążyłam po mieszkaniu jak obłąkana i nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Obecna przy tym matka była przerażona. Potem powiedziała mi, że bała się do mnie odezwać, a nawet patrzeć na mnie. Dzisiaj wiem, że to nie byłam wściekła, ale zły, który wiedział, że następnego dnia idę na egzorcyzm.

Bywało, że podczas egzorcyzmów upadałam bezwładnie (do przodu i do tyłu), coś płakało w głos moimi ustami, a ja nie byłam w stanie przerwać tego płaczu. To bardzo nieprzyjemne uczucie, gdy jakaś siła posługuje się człowiekiem jak bezwolną marionetką. Pamiętam, gdy pewnego razu wracałam pieszo do domu, kątem oka zobaczyłam jakiś czarny kształt. Odruchowo odskoczyłam myśląc, że to pies. Jednak po ułamku sekundy okazało się, że tam niczego nie ma.

Moje uwolnienie przyszło dopiero wtedy, gdy głośno powtórzyłam za kapłanem, że wybaczam człowiekowi, który mnie skrzywdził. Przyszło mi to z ogromnym trudem, coś zamykało mi suta, płakało w głos, krzyczało, kręciło moja głową w lewo i w prawo uniemożliwiając mówienie. Coś wyrzuciło mnie do tyłu w powietrze. Pamiętam, że upadłam i bardzo chciałam wstać, ale nie mogłam bo miałam nogi jak z waty. A jak się podnosiłam, coś podcinało mi nogi i znowuż upadałam. Pamiętam, że niemoc opuściła mnie dopiero wtedy, gdy powtórzyłam za egzorcystą, że wybaczam. W tym momencie poczułam dziwne uczucie, jakby coś dosłownie zeskoczyło ze mnie , mogłam wstać i normalnie mówić.

Pamiętam też, że na kursie Marana Tha mie byłam w stanie podczas przekazywania sobie świecy wypowiedzieć „Jezus jest moim Panem”, cos paraliżowało mi usta.

Teraz jest już lepiej, znacznie lepiej. Uczestniczę bez przeszkód we Mszy świętej, przyjmuję Eucharystię, mniej już mam złych i bluźnierczych myśli. Wiem, że pełne wyzwolenie jest procesem, jest kwestią czasu. Wierzę Bogu i wierzę w to, że On chce była prawdziwie wolnym człowiekiem.

Mój przypadek jest dowodem, jak samo nieprzebaczenie może być blokadą w uwalnianiu. Zdaję sobie sprawę, że są rzeczy, których po ludzku wybaczyć nie można, ale trzeba, ponieważ przebaczenie jest warunkiem koniecznym do odzyskania wolności. Jeśli chodzi natomiast o magię, jest to sposób, jakim zły duch posługuje się, by zniewolić nieświadomych zagrożeń ludzi. Gdybym tylko mogła cofnąć czas, nigdy bym się tym nie zajmowała. Niech moje świadectwo będzie przestrogą dla innych. Ja dziękuję każdego dnia panu Bogu za łaskę, jaką mi okazał. Chwała Panu!

Izabela, 36 lat.

 

Powrót do świadectw...>>
Katolicka Wspólnota Modlitewna-Ewangelizacyjna - MARANA THA została odwiedzona 330996 razy od 25-06-2016 roku.